Życie nie lubi próżni

Szymon Matuszek | 18.12.2018 Michał Chwieduk

Kiedy w grudniu 2015 ziściło się moje marzenie o powrocie do Ekstraklasy, nawet nie przypuszczałem jak bardzo emocjonalny czas przede mną. Życie nie lubi próżni, a ja miałem się o tym przekonać na własnej skórze i to tak mocno, jak nigdy wcześniej…

Grając jeszcze w Dolcanie na zapleczu Ekstraklasy w sezonie 2015/2016 moją największą motywacją był powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej. Nie byłem tam już od sześciu sezonów, ale robiłem wszystko, aby wrócić. Oczywiście najlepszą możliwą opcją jest zawsze awans wywalczony na boisku. Wydawało się, że w Ząbkach była na to szansa. Dobrze rozpoczęliśmy sezon i przez klika kolejek zajmowaliśmy nawet miejsce premiowane awansem.

W grudniu rozdzwonił się jednak mój telefon. Oferty złożyły Górnik Zabrze oraz Podbeskidzie Bielsko-Biała. Górnik był bardziej rzeczowy. Rozmowa telefoniczna z trenerem Leszkiem Ojrzyńskim zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Rozpoczął ją od pytania o moją rodzinę, czym bardzo mi zaimponował. Dało się odczuć, że zależy mu na mojej osobie. Dodając do tego historię, ambicje i możliwości klubu z Zabrza, decyzja mogła być tylko jedna. Nawet nie musiałem się nad nią zastanawiać.

Pewnie pomyślicie, że była to droga na skróty… Nie do końca. Jak się szybko okazało decyzja była najlepszą z możliwych. Mój poprzedni klub, Dolcan, na skutek problemów finansowych wycofał się z rozgrywek 1 ligi zaledwie dwa miesiące później, jeszcze przed rundą wiosenną.

Łukasz Laskowski | Bycie kapitanem to rola, którą traktuję bardzo poważnie

Gdy pojawiłem się w Zabrzu, miejsce Górnika w tabeli nie było najlepsze. Patrząc na nazwiska było to zaskakujące. W szatni nie brakowało doświadczonych zawodników. Z całą stanowczością mogę powiedzieć, że w tak doświadczonej drużynie jeszcze nie grałem. Wchodząc do niej czułem się trochę jak nowicjusz. Zdawałem sobie jednak sprawę jakiego wyzwania się podejmuję – wyniki i tabela muszą odzwierciedlać nasze umiejętności.

Zdarzało się, że na trening jechałem po nocy spędzonej w szpitalu.

Za trenera Ojrzyńskiego grałem w kratkę, głównie na środku pomocy. Po przyjściu trenera Żurka na początku nie grałem wcale, po czym wskoczyłem na prawą obronę i tak zostało już do ostatniego meczu. Jednak to nie pozycja na boisku była moją największą bolączką. Krótko po przeprowadzce do Zabrza, mojego syna dopadła ciężka choroba immunologiczna, która tliła się w jego organizmie. Ostatnim kamyczkiem do ogródka była szczepionka, która wywołała chorobę nerek. Pierwszy pobyt w szpitalu trwał około trzech tygodni.

Zostałem nauczony, że jeśli jest problem to trzeba go rozwiązać za wszelką cenę. Diagnoza lekarza prowadzącego nam nie wystarczyła. Jeździliśmy po całej Polsce do nefrologów by znaleźć inne wyjście niż czekanie, dorastanie i nadzieja, że być może z czasem mu przejdzie. Niestety wszyscy twierdzili to samo. Pozostała nam tylko walka o to, by infekcje go omijały, w wyniku czego często gościliśmy w szpitalu.

Początki tej choroby nie były dla mnie łatwe. Na treningach oraz meczach obecny byłem tylko ciałem. Głową i sercem byłem przy synu. Po zajęciach z drużyną resztę dnia i noc spędzałem w szpitalu naprzemiennie z żoną – tylko jedno z nas mogło nocować na leżance. Zdarzało się, że na trening jechałem po nocy spędzonej w szpitalu. Jeśli spałem w domu, to wstawałem wcześnie rano, przygotowywałem śniadanie dla siebie, żony i syna, zawoziłem je do szpitala i dopiero stamtąd udawałem się na trening do Zabrza.

To był najgorszy rok w moim życiu. Zarówno pod względem sportowym, ale przede wszystkim rodzinnym. Choroba syna i spadek z Górnikiem. Do Ekstraklasy szybko wróciliśmy, ale z chorobą syna tak łatwo już nie było. Do dziś codziennie przyjmuje chemioterapeutyki i sterydy. Przy każdym nawrocie choroby wraca do szpitala. Jest jednak szczęśliwy i uśmiechnięty, a to dla ojca najważniejsze. Takie dziecko kocha się podwójnie. Moje serce się raduje, gdy widzę jak syn potrafi się dostosować do swojego trybu życia dyktowanego przez leki, suplementy i dietę. Nie płacze, nie narzeka, a wręcz poucza.

Michał Chwieduk | Górnik w swoim naturalnym środowisku 😉

Podczas tego ciężkiego dla mojej rodziny czasu na każdym etapie wierzyłem. Wierzyłem, że syn wyzdrowieje, a nam uda się utrzymać w lidze. Wyniki innych drużyn tylko tę wiarę umacniały. Pomimo naszej niedoli punktowej, reszta wcale nam nie uciekała. O wszystkim miała zadecydować ostatnia kolejka. W rozgrywanym równolegle spotkaniu Śląsk Wrocław wygrał z Górnikiem Łęczna 3:2, co oznaczało, że wszystko zależy od nas. Mieliśmy tylko jedno zadanie – wygrać w Niecieczy.

Presja była ogromna, a na trybunach ponad 4000 kibiców z Zabrza. Wymagaliśmy od siebie tego zwycięstwa i wszystko zaczęło się zgodnie z planem – w 23 minucie bramkę z rzutu wolnego strzelił Rafał Kurzawa. Niestety, tuż po przerwie straciliśmy gola na 1:1. Gdy w 70 minucie opuszczałem boisko, dowiedziałem się o rezultacie z Wrocławia. Do pełni szczęścia potrzebowaliśmy tylko jednej bramki. Ciężko powiedzieć czego zabrakło, na pewno nie motywacji i wiary, ponieważ te mieliśmy do ostatnich sekund. Ostatecznie mecz zakończył się remisem, a my spadliśmy z Ekstraklasy.

Przeczytaj także

Po meczu na trybunach było bardzo nerwowo. Usłyszeliśmy od kibiców kilka cierpkich słów, a na koniec kazano nam oddać klubowe koszulki. Cóż, uważam, że kibice mieli pełne prawo czuć złość i rozgoryczenie. Ja sam miałem do siebie żal – zawiodłem drużynę i wszystkich sympatyków Górnika. Przychodziłem tu zimą z jasnym celem i założeniem, którego niestety nie udało się z drużyną zrealizować.

Cel przed tym sezonem nie został jasno określony. Wszyscy pragnęliśmy jednak szybkiego powrotu do Ekstraklasy.

Kolejne dni mijały w bardzo smutnej atmosferze. Po spadku nikt nie wiedział jakie będą jego losy. Ja także miałem obawy, a kiedy trenerem został Marcin Brosz obawy te jeszcze bardziej się nasiliły. Kilka lat wcześniej grając w Piaście Gliwice u trenera Brosza nie dostawałem zbyt wielu okazji do gry. Wtedy, sam poprosiłem o transfer z klubu i trafiłem do Chojniczanki Chojnice grającej w 2 lidze. Tym razem bardzo chciałem uniknąć podobnego scenariusza. Moim celem było pozostanie w Górniku i naprawienie błędów z zeszłego sezonu.

Dość szybko zainicjowałem rozmowę z trenerem. Chciałem wiedzieć jakie ma plany wobec mojej osoby. Powiedział, że widzi mnie w drużynie na pozycji prawego obrońcy, gdzie występowałem w ostatnich meczach Ekstraklasy pod wodzą trenera Żurka. Z jednej strony ucieszyłem się, że będę mógł zostać w zespole i się zrehabilitować, z drugiej wciąż nie czułem się komfortowo na prawej obronie. Uważałem, że więcej mogę dać drużynie grając na swojej nominalnej pozycji defensywnego pomocnika.

Norbert Barczyk | Radość po zdobytym golu w meczu z Wisłą Puławy. 1 liga sezon 2016/2017

Cel przed tym sezonem nie został jasno określony. Wszyscy pragnęliśmy jednak szybkiego powrotu do Ekstraklasy. Oczekiwania podgrzaliśmy jeszcze w letnim okresie przygotowawczym, podczas którego prezentowaliśmy się bardzo dobrze i nie przegraliśmy żadnego meczu.

Dowód naszej siły daliśmy jeszcze raz w sierpniu podczas pucharowego spotkania z Legią Warszawa. Po pierwszej połowie przegrywaliśmy 0:2. Nie pamiętam dokładnie co działo się w szatni w przerwie, ale na drugie 45 minut wyszliśmy totalnie odmienieni. Kilku z nas zbliżyło się do swojego maksymalnego poziomu. Konrad Nowak zagrał najlepszy mecz, w którym go widziałem. Piękną bramkę strzelił Kurzawa, skuteczny był Kopacz, a cała drużyna zagrała bardzo zespołowo. W efekcie, po dogrywce awansowaliśmy do kolejnej rundy.

Pomimo tych sygnałów, ligę zaczęliśmy słabo. Trenowaliśmy jednak konsekwentnie i wiedzieliśmy, że moment w którym zaczniemy regularnie wygrywać w końcu nadejdzie. Z czasem złapaliśmy też myśl szkoleniową trenera Brosza i zaczęliśmy tworzyć jeden zdrowy organizm. Przełomowym momentem wydaje się zwycięstwo w Bytowie, kiedy po brzydkim, ale skutecznym i wyrachowanym futbolu wygraliśmy mecz. Uwierzyliśmy wtedy w siebie i mocno się ze sobą zżyliśmy.

Na 6 kolejek do końca sezonu wciąż byliśmy jednak na 9 miejscu i chyba już nikt nie wierzył, że jeszcze w tym roku uda nam się awansować. Paradoksalnie ten brak presji nam pomógł i podczas gdy inne drużyny zaplątały sobie głowę awansem, my graliśmy skutecznie, wypełniając założenia taktyczne i nie myśląc o przyszłości.

21 maja po czterech z rzędu zwycięstwach podejmowaliśmy Znicz Pruszków. Wygraliśmy i tym razem, lecz niestety ja opłaciłem to kontuzją, która wyeliminowała mnie z gry do końca sezonu. W ostatnich minutach, kiedy byłem przy piłce, rozpędzony rywal uderzył mnie w lewy staw skokowy. Usłyszałem, jak coś strzeliło mi w kostce i od razu wiedziałem, że nie jest to zwykłe stłuczenie. Próbowałem jeszcze kontynuować grę, ponieważ nie mieliśmy już zmian. Kiedy piłka zbliżała się do mnie i próbowałem ją kopnąć to nie potrafiłem utrzymać się nawet na jednej nodze i padłem na murawę. Przez te ostatnie kilka minut po postu stałem na środku boiska. Po meczu usłyszałem diagnozę – zerwane więzadła i konieczność operacji.

Na szczęście moja kontuzja nie przeszkodziła zespołowi. 4 czerwca 2017 roku w meczu z Wisłą Puławy przypieczętowaliśmy upragniony awans. Był to jedyny raz w trakcie całego sezonu, gdy zajmowaliśmy pozycję premiowaną awansem. Wszystko było w naszych rękach, a właściwie nogach. Na nasze potknięcie czekało aż 5 drużyn. Nic z tego! Wygraliśmy 1:0 i powrót do Ekstraklasy stał się faktem! Podobnie jak rok temu po meczu zdejmowaliśmy koszulki. Wtedy jednak byliśmy do tego zmuszeni, a tym razem sami w euforii wymienialiśmy się nimi z kibicami. Do dziś mam w domu taką pamiątkę. Pod stadionem zgotowano nam wielką fetę na cześć powrotu Górnika do Ekstraklasy. Kibice spisali się na medal. Niesamowite wrażenia i stracony głos. Świętowałem jeszcze 3 dni w domu z rodziną i znajomymi.

O ile wiosna 2016 roku była koszmarem, kumulacją wszystkiego co najgorsze, to rok później los odpłacił mi wszystko z nawiązką. Wywalczyliśmy awans do Ekstraklasy, a żona urodziła nam drugiego synka. To był wspaniały czas i nie popsuła go nawet wcześniej wspomniana kontuzja.

Dobra passa trwała. Nowy sezon rozpoczęliśmy z wielkim przytupem wygrywając mecz inauguracyjny z Legią Warszawa 3:1. Większość zawodników, którzy wywalczyli awans pozostała w drużynie. Byliśmy bardzo zgrani i pewni siebie. Wiedzieliśmy, co chcemy grać i jak to robić. Dla rywali z kolei, byliśmy wielką niewiadomą. Wykorzystaliśmy to. Przez ten rok wszystko obróciło się o 180 stopni. Dużym atutem w naszym zespole był i ciągle jest nasz trener, Marcin Brosz. Bardzo pracowita osoba, która kocha futbol, kocha klub, chce zwycięstw i zaraża tym zawodników.

Moją rolą jest gra na wysokim poziomie i pomaganie innym na boisku, tak byśmy wszyscy tworzyli monolit.

W tamtym sezonie wokół nas było wiele dobrego szumu. Wraz z wynikami na stadionie zaczęli pojawiać się skauci z Europy Zachodniej, a część z nas znalazła się pod obserwacją sztabu kadry narodowej. Ja co prawda powołania nie otrzymałem, ale w Górniku docenili moje starania i zaangażowanie. Zimą podpisałem nowy kontrakt aż do 2020 roku. Ucieszyłem się, że mogę być częścią tak dobrze pracującej maszyny i wierzyłem, że z tą ekipą zdziałamy coś fajnego.

PressFocus | Bycie kapitanem to trochę jak bycie ojcem i głową rodziny.

Kolejnym wyróżnieniem była dla mnie opaska kapitana. Doskonale pamiętam moment, kiedy trener Brosz zawołał mnie na rozmowę i powiedział, że to ja ją dostanę. Myślę, że dokonał takiego wyboru, ponieważ widział we mnie pomocne cechy przywódcze, ale byłem też w klubie najdłużej więc uznał, że mogę przekazywać wiedzę i myśl szkoleniową młodszym chłopakom. Był to ogromny kop motywacyjny, a do zadania podszedłem bardzo poważnie. Bycie kapitanem to trochę jak bycie ojcem i głową rodziny. Gdy w domu dzieje się coś złego to mam pretensje głównie do siebie i sam szukam sposobów jak to naprawić. Podobnie w szatni, zależy mi żebyśmy tworzyli całość bez zbędnych podziałów. Moją rolą jest gra na wysokim poziomie i pomaganie innym na boisku, tak byśmy wszyscy tworzyli monolit.

Tomasz Wantula | Radość po ukończeniu sezonu 2017/2018 na 4 miejscu oraz z kwalifikacji do europejskich pucharów

Sezon 2017/2018 skończyliśmy dużym sukcesem zajmując w tabeli 4 miejsce. Opisany tutaj okres poczynając od spadku z Ekstraklasy, poprzez powrót do niej i awans do europejskich pucharów, a także równoczesne problemy z chorobą syna to dla mnie prawdziwy emocjonalny rollercoaster. Na wstępie wspominałem, że życie nie lubi próżni. Coś ciągle musi się dziać. Gdy w jednej dziedzinie życia idzie Ci lepiej, to w drugiej znienacka wyskoczy coś złego. I tak też jest ze mną w Górniku. Było źle, potem dobrze i bardzo dobrze, po to by w obecnym sezonie znów przechodzić gorsze momenty. Wiem jednak, że to tylko chwilowe i już wkrótce wyjdziemy z tego mocniejsi. Tak jak po każdej burzy wychodzi słońce, tak samo w życiu i piłce, po każdym bólu i porażce musi przyjść ten lepszy moment. Czuję, że jest on tuż za rogiem.

Znaczek
Szymon Matuszek 18.12.2018
Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce.