Wszystko zaczyna się w głowie

Remek Siudziński | 13.12.2018 Jacek Turczyk

Moja pasja to ultrakolarstwo i to właśnie o tym będzie ten tekst. Na starcie pragnę jednak zaznaczyć, że w życiu dążę do zachowania balansu i równowagi. Na równi stawiam trzy sfery życia – rodzinę, pracę i ultrakolarstwo. Wspaniale jest żyć z pasją. Wiem jednak, że gdyby nie rodzina, która jest dla mnie bardzo wyrozumiała, ciężko byłoby mi się w tej pasji realizować. Moja żona wspiera mnie na każdym kroku i to pomimo licznych, krótszych lub dłuższych wyścigów. Myślę, że jestem w tym wszystkim wielkim szczęściarzem.

Kolarstwo nie towarzyszyło mi od dziecka. Od zawsze lubiłem natomiast rywalizację i gdzieś w środku tkwiła we mnie dusza sportowca. Oglądałem w telewizji wielkie wydarzenia sportowe – mundial czy igrzyska olimpijskie. Miałem też swoje dziecięce marzenie, żeby kiedyś występować po drugiej stronie telewizora. Z czasem marzenie wygasło i powróciło dopiero po wielu latach, gdy w Polsce zaczął się popularyzować sport amatorski i pojawiły się pierwsze zawody dla amatorów. Interesowałem się wtedy rowerami. Kupowałem czasopisma rowerowe i w którymś z numerów znalazłem informację, że „BikeBoard” organizuje takie zawody. Nie zastanawiając się zbyt wiele, 1 czerwca 2003 roku stanąłem na starcie swoich pierwszych zawodów MTB w Krakowie. Mało kto jeździł wtedy na szosie, a popularne było właśnie MTB. Trasa była pagórkowata i miała 33 kilometry. Po wjechaniu na metę prawie umarłem. Przez skurcze ciężko mi było zejść z roweru. Humor poprawiła mi moja narzeczona (obecnie żona), która ufundowała statuetkę dla najlepszego zawodnika, choć najlepszy wcale nie byłem.

Przeczytaj także

W swojej nowo odkrytej pasji kierowałem się głosem serca. Patrzyłem co mi się w tym wszystkim najbardziej podoba i wyszło, że jest to dystans. Po trzech latach od pierwszego startu przesiadłem się na szosę. Powód? W MTB nie było organizowanych zawodów na długich dystansach. Najdłuższy w Polsce to mniej więcej 100 km. Dla mnie za mało. W swoich pierwszych zawodach na szosie wystartowałem w roku 2006 w Choszcznie. Był to maraton na trasie o długości 300 km. Równocześnie w głowie rodziły się kolejne pomysły i jeszcze większe cele. Zapragnąłem wziąć udział w wyścigu Bałtyk-Bieszczady, gdzie trasa wynosiła 1008 km. Potem odkryłem, że najdłuższy tego typu wyścig na świecie organizowany jest w Stanach Zjednoczonych. Bagatela 4800 km…

Z zawodu jestem analitykiem, do nowych wyzwań podszedłem więc też analitycznie. Rozpisałem wszystko w Excelu. Ustaliłem plan, który zakładał zwiększenie obciążeń o 50% każdego roku. Z obliczeń wyszło mi, że na pokonanie trasy wyścigu Bałtyk-Bieszczady potrzebuję czterech lat intensywnego treningu, a żeby dobrze przygotować się do Race Across America tych lat potrzeba mi dziesięć. Dla wielu dziesięć lat to cała wieczność. Ja miałem wtedy trzydziestkę i w perspektywie całego życia te 10 lat nie wydawały mi się, aż tak odległe. Poza tym jestem wyznawcą poglądu Jim’a Rohn’a: „Zazwyczaj ludzie przeceniają to, co mogą zrobić w ciągu roku, a nie doceniają tego, co mogą osiągnąć w ciągu dziesięciu lat”.

W pewnym momencie lekarz, który był w moim zespole powiedział jasno: „Możesz jechać dalej. Być może dojedziesz, ale możesz też zrobić sobie dużą krzywdę”

Zgodnie z założonym planem w roku 2010 ukończyłem Bałtyk-Bieszczady Tour. Powtórzyłem to jeszcze rok później zajmując na mecie 3 miejsce w kategorii solo. Kolejnym przystankiem w drodze do upragnionego celu w Stanach Zjednoczonych był Race Around Austria z trasą o długości 2200 km i przewyższeniami rzędu 25 tysięcy metrów. Na starcie tego wyścigu stanąłem po raz pierwszy w 2012 roku. Niestety w trakcie dopadła mnie choroba, która skutecznie uniemożliwiła mi dojechanie do mety. Przez dwie doby jechałem i walczyłem z zapaleniem oskrzeli przyjmując leki, jednak w pewnym momencie lekarz, który był w moim zespole powiedział jasno:

– „Możesz jechać dalej. Być może dojedziesz, ale możesz też zrobić sobie dużą krzywdę”.

Pomyślałem wtedy na chłodno, że moim głównym celem jest Ameryka, a nie Austria. Co z tego, że przejadę Austrię, skoro mogę mieć trwały uszczerbek na zdrowiu i nici z marzeń… Gdy schodziłem z trasy czułem wielkie rozczarowanie – w stosunku do siebie, bliskich i teamu, który mi towarzyszył. Pojechali ze mną, liczyli, że dojedziemy do mety, a tu taki zawód. Nie rozumiałem jeszcze, że sport składa się ze zwycięstw i porażek. Porażki są tak samo ważne. Teraz patrzę już na to inaczej.

Jacek Turczyk | Podczas Race Across Austria w 2013 roku

Rok później wróciłem w to samo miejsce, przejechałem całą trasę i ukończyłem zawody. Niestety i tym razem nie ominęły mnie przygody na trasie przez które nie udało mi się zmieścić w wyznaczonym limicie czasu. Przede wszystkim na pewnym etapie wyścigu mięśnie karku odmówiły mi posłuszeństwa. Głowa opadła, patrzyłem tylko w dół przez co nie miałem żadnej widoczności. Mój zespół w porę zareagował – zmienili geometrię roweru oraz usztywnili głowę, przyklejając ją do długopisu szarą taśmą pakowną. Wszystko musieliśmy zamaskować przed sędziami i obserwatorami, sędzia miał bowiem prawo zdjąć mnie z trasy w przypadku stwierdzenia niebezpieczeństwa. Z dodatkową konstrukcją jechało się zdecydowanie wolniej, przez co do limitu czasu wynoszącego pięć i pół dnia zabrakło mi…51 minut. Inne problemy, które pamiętam to oddychanie na dużej wysokości, a także podjazd na szczyt Kuhtai (góra krów). Dziś to moja ulubiona góra i nie mam już żadnych kłopotów z podjazdem. Uwielbiam dźwięk dzwonków krów, które wybijają tam rytm do jazdy.

Jacek Turczyk | Kark usztywniony metodą na długopis i taśmę, Race Across Austria 2013

Z tego wyścigu wyciągnąłem też bardzo ważną lekcję. Gdy przed ostatnimi 150km do mety dowiedziałem się, że zostało mi zaledwie 5 godzin do przekroczenia limitu czasu, zdałem sobie sprawę, że nie zdążę. Musiałbym jechać ze średnią prędkością 30km/h, a to już bardzo dużo. Szczególnie biorąc pod uwagę profil trasy. Wszystkie lata przygotowań stanęły mi przed oczami i zacząłem cisnąć z całych sił jak wariat. Nie patrzyłem już na jedzenie, picie i pogodę. W limicie czasu co prawda się nie zmieściłem, ale okazało się, że w tych okolicznościach, na tym odcinku wykręciłem świetny czas. Nigdy nie udało mi się już go powtórzyć, a próbowałem jeszcze dwukrotnie. Właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że w człowieku drzemią nieodkryte możliwości, które ujawniają się dopiero w pewnych warunkach. Jest to ściśle związane ze stanem umysłu. Jeśli umysł stwierdzi, że jest np. w stanie zagrożenia to potrafi rozkazać mięśniom, żeby zrobiły coś, czego w naturalnych warunkach nigdy nie są w stanie wykonać.

To wszystko skłoniło mnie do kilku refleksji… Po pierwsze start w Race Across America miałem zaplanowany na rok 2015 – tak wynikało z mojej rozpiski planu treningowego w Excelu. Po powrocie z Austrii stwierdziłem jednak, że jeśli odwlekę to w czasie jeszcze rok to koszty będą zdecydowanie większe – przygotowania będą dłuższe, przez co trzeba będzie pojechać jeszcze jeden duży wyścig w międzyczasie. Poza tym miałem też rywala z Polski, który tak samo jak ja przygotowywał się pod RAAM. Zależało mi, żeby być pierwszym Polakiem, który ukończy ten wyścig solo. W konsekwencji przesuwając swoje marzenie, wiedziałem, że mam tylko rok na przygotowanie i że bardzo dużo mi jeszcze brakuje. Czeka na mnie przecież odcinek ponad dwa razy dłuższy niż w Austrii. Muszę przejechać 4800 km solo po górach, w upale i huraganie, z zachodniego wybrzeża USA na wschodnie. Jak to powiedział Wolfgang Fasching – jedyny człowiek na Ziemi, który ukończył ten wyścig i wszedł na Mount Everest: „Mount Everest jest bardziej niebezpieczny, ale RAAM jest trudniejszy”. Do tego będę musiał kręcić z jeszcze większą prędkością średnią niż w Alpach. Wiedziałem, że aby zrobić różnicę, muszę wprowadzić zupełnie nowe elementy, którymi nigdy wcześniej się nie zajmowałem…

Jacek Turczyk | Dolegliwości bólowe podczas wyścigu w Austrii w 2013 roku

Moim guru w ultrakolarstwie jest Christoph Strasser, pięciokrotny zwycięzca i rekordzista trasy Race Across America. Powiedział on kiedyś, że sukces składa się po równo z trzech elementów: przygotowania fizycznego, przygotowania psychicznego oraz zespołu. Podejrzewałem, że największy obszar do zagospodarowania u mnie to przygotowanie psychiczne, o którym nigdy specjalnie do tej pory nie myślałem. Ostatnie 150km w Race Around Austria tylko mnie w tym utrwaliło. Po powrocie z Austrii nawiązałem więc współpracę z trenerem mentalnym – Michałem. Spotykaliśmy się regularnie, dzięki czemu głowa lepiej akceptowała większe obciążenia treningowe.

Trener mentalny pomógł mi też zdobyć większą świadomość pracy z ludźmi. Do wyścigu w Austrii zespół składałem w myśl zasady „potrzebuję tyle i tyle osób oraz powinni mieć oni pożądane umiejętności (np. nawigacja, mechanika rowerowa czy masaż)”. Teraz już wiem, że grupa ludzi, którzy mają określone kompetencje nie jest jeszcze zespołem. Wychodzi to właśnie na takich imprezach, które są bardzo dobrym poligonem doświadczalnym. Na kilku metrach kwadratowych dwóch samochodów przez dwa tygodnie grupa musi działać sprawnie, dogadywać się, pomagać mi w osiągnięciu wyniku i jeszcze nie pozabijać się nawzajem. A będą przecież niewyspani, lekko rozdrażnieni i przemotywowani. W takich warunkach nietrudno wchodzić sobie nawzajem w kompetencje.

Przed Ameryką wraz z Michałem, który jest także coachem biznesu, zaplanowaliśmy 48 godzinne warsztaty, podczas których przeprowadziliśmy selekcję nowego zespołu. Zamknęliśmy się w dwóch salach szkolnych, z których nie można było wychodzić. No chyba, że po pizzę. Byliśmy pozbawieni wolności na własną prośbę. Ja miałem kręcić na trenażerze, a każdy miał swoje, jasno określone zadania. Głównym celem była pomoc mi i budowanie zespołu. Proces przeprowadzony był pod nadzorem psychologa. Grupa musiała wybrać szefa i zastępcę. W ten oto sposób wykrystalizował się bardzo fajny zespół, w którym każdy znał swoją funkcję i cel.

Jeszcze przed samym startem udało nam się spotkać ze znakomitym trenerem i legendą kolarstwa – Edwardem Borysewiczem, znanym w Stanach jako Eddy B.

Mój nowy support wziął na siebie całą organizację. Dzięki temu mogłem skupić się wyłącznie na sobie i odpowiednim przygotowaniu. Całą logistyką zajęli się oni. Szczególne podziękowania należą się mojemu bratu, szefowi ekipy na RAAM, który m.in. zadbał o bilety lotnicze, liczne formalności i zakwaterowanie.

W Oceanside, gdzie znajduje się start wyścigu byliśmy na siedem dni przed zawodami. Miałem piękny tydzień wakacji. Zwiedzałem Kalifornię, aklimatyzowałem się, trenowałem, spacerowałem z Michałem i ćwiczyłem jogę na plaży. Jeszcze przed wylotem byłem mocno zestresowany. Wcześniejsze starty nie dawały mi pewności siebie. Ne miejscu jednak wszystkie złe myśli wyleciały z mojej głowy. Trening mentalny uświadomił mnie, że warto brać odpowiedzialność za własne myśli. Jeśli tylko pozwolimy rozpanoszyć się w głowie złym scenariuszom, że coś może pójść nie tak, to najprawdopodobniej tak właśnie będzie. Jeśli natomiast myślimy pozytywnie i optymistycznie, na przykład o tym, że realizujemy własne marzenia, że mamy wakacje życia, że jest piękna pogoda, ocean, a po drodze będą piękne góry i widoki to nie może być inaczej. Pewnie każdy doświadczył czegoś podobnego – że płynie na pozytywnej myśli, coś go motywuje i nakręca. Z kolei jak już jest źle, to często bywa jeszcze gorzej. Wszystko jest w głowie.

Mariusz Michalik audiowizualny.com | Spełniam swoje marzenie – Race Across America, 2014 rok

Jeszcze przed samym startem udało nam się spotkać ze znakomitym trenerem i legendą kolarstwa – Edwardem Borysewiczem, znanym w Stanach jako Eddy B. Wyjechał on do USA w latach siedemdziesiątych i został trenerem olimpijskiej kadry kolarskiej tego kraju. Poprowadził wielu amerykańskich zawodników do medali mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich. Później, pracując już z profesjonalną grupą kolarską trenował m.in. Lanca Armstronga czy Cezarego Zamanę. Powiedział mi wtedy bardzo znamienne słowa:

„Ja się na długich dystansach nie znam, ale Ty musisz być jak ten muł. Musisz kręcić cały czas jednostajnie, ale nie za mocno. Ani przez chwilę nie możesz kręcić na maksa.”

Przez cały wyścig miałem to w pamięci. Nawet gdy była górka i ochota podkręcić tempo – zostawiałem sobie rezerwę. To tak jakby kierowca w samochodzie jechał bardzo długi dystans i ani przez moment nie docisnął pedału gazu do podłogi. Myślę, że dzięki takiemu podejściu uniknąłem zbędnych kontuzji i problemów.

Prawie 5000 kilometrów przejechałem praktycznie bezproblemowo. Dwukrotnie złapałem gumę, ale zespół zareagował błyskawicznie. Podobnie jak w przypadku drobnych skurczów i problemów z Achillesem. Jedyna kryzysowa sytuacja miała miejsce podczas zjazdu z najwyższego punktu wyścigu – 3500 m n.p.m. w Górach Skalistych. Na samej górze przebrałem się, aby nie zjeżdżać będąc mokrym. W pośpiechu zmieniłem jednak tylko górę i nie pomyślałem o spodenkach. Było wcześnie rano, jazda w dół, wzdłuż płynęła rzeczka, do tego wiatr, który mocno chłodził. W pewnym momencie zrobiło mi się strasznie zimno, trzęsło mną tak, że nie byłem w stanie utrzymać kierownicy. Przebrałem się, ale to nie pomogło. Kamper, który czekał na mnie dalej, w miejscu zaplanowanego noclegu musiał się cofnąć. Na szczęście po gorącym prysznicu, dawce witamin i dwugodzinnej drzemce wszystko wróciło do normy. Kontynuowaliśmy wyścig i kontrolowaliśmy tempo, aby na pewno zmieścić się w limicie czasu. Wszystko mieliśmy wyliczone. Bardzo pomocny był tablet ze specjalną aplikacją, którą napisał mój brat.

Mariusz Michalik audiowizualny.com | Podczas Race Across America w 2014 roku

Jechałem 11 dni, 19 godzin i 33 minuty, spałem średnio 2 godziny na dobę, a na mecie cieszyłem się ze zrealizowanego marzenia jak dziecko. Tańczyłem, śpiewałem, bawiłem się. Następnie z całym zespołem poszliśmy napić się piwa i zjeść stek. Dopiero po dłuższym czasie, gdy adrenalina odpuściła poczułem brak snu i zmęczenie. Aby w pełni dojść do siebie potrzebowałem kilku dni.

To bardzo satysfakcjonujące, kiedy przekazujesz ludziom swoje doświadczenia i widzisz u nich zainteresowanie, gdy dopytują o różne rzeczy i autentycznie się tym jarają.

Po powrocie do kraju wszystko toczyło się dalej. Jasne, spełniłem swoje największe marzenie, jednak przede mną reszta życia, którą trzeba zagospodarować. Poza tym był to sukces odniesiony tylko w jednej dziedzinie. Wciąż zostaje rodzina, praca i o to też trzeba zadbać. Nie byłbym jednak sobą gdybym nie wyciągnął z tego co się wydarzyło jakichś pozytywów. Pojawiło się kilka wywiadów w mediach mainstreamowych, które z kolei poskutkowały tym, że różne firmy poprosiły mnie, abym przeprowadził na ich potrzeby komercyjne wykłady motywacyjne. To bardzo satysfakcjonujące, kiedy przekazujesz ludziom swoje doświadczenia i widzisz u nich zainteresowanie, gdy dopytują o różne rzeczy i autentycznie się tym jarają. Doświadczenie ze sportu można bardzo fajnie przeszczepić na biznes. Mam tu na myśli takie aspekty jak budowanie zespołu, stawianie dużych celów, planowanie ich realizacji i pokonywanie trudności w trakcie. Biznes jest oczywiście bardziej skomplikowany – jest więcej czynników, które od nas nie zależą. Z kolei sport jest wyizolowany i znacznie prostszy, wciąż jednak jest doskonałą metaforą biznesu, a niektóre rzeczy można przełożyć 1 do 1.

Ultrakolarstwo cały czas pozostało moją największą pasją. Po zrealizowaniu swojego największego marzenia, pojawiły się nowe wyzwania. W 2016 roku wróciłem w Alpy i ukończyłem Race Around Austria na 8 miejscu, tym razem spokojnie mieszcząc się w limicie czasu. Rok później wygrałem Maraton Rowerowy Dokoła Polski w kategorii Sport na dystansie 3142 km. W tym roku ponownie stanąłem na starcie wyścigu dookoła Austrii i ponownie ukończyłem go na 8 miejscu. Ambicje były większe, jednak progres w sporcie przyszedł wolniej niż zakładałem. W ostatnich latach sporo czasu i uwagi poświęciłem na pracę zawodową, a konkretnie transformację z etatu na własny biznes. Teraz gdy wszystko się ustabilizowało i ponownie mam więcej czasu postawiłem sobie nowy cel…

Moim obecnym marzeniem jest powrót do Stanów w perspektywie 2-3 lat i zwycięstwo w Race Across America. Żeby w ogóle o tym myśleć musiałem wprowadzić duże zmiany. Od września mam nowego trenera, najlepszego jakiego tylko mogę mieć w Polsce – Arka Koguta. Arek ma duże doświadczenie z kolarzami długodystansowymi, pracuje chociażby z Valerjanem Romanovskim – człowiekiem, który bije rekordy Guinnessa w jeździe 24 i 48-godzinnej. Mam też trenera od przygotowania motorycznego i więcej czasu poświęcam na zajęcia ogólnorozwojowe. Aktywizujemy mięśnie, które nie są wykorzystywane podczas jazdy na rowerze. Uzupełniam trening o saunę i basen, a trener zaplanował mi także udział w krótszych wyścigach (100 i 200 km). Treningi na wysokiej intensywności mają się przełożyć na szybkość na długim dystansie.

W 2014 roku ukończyłem RAAM w 11 dni, 19 godzin i 33 minuty. Żeby go wygrać będzie trzeba zejść w okolicę 8 dni. Pewnie wielu z Was czytając to, ma teraz refleksję – „sorry Remek, ale nie masz szans”. Ja się tym jednak nie przejmuję, to samo mówiono, gdy po raz pierwszy wymyśliłem sobie start w Stanach Zjednoczonych. Wtedy spełniłem marzenie i tym razem będzie podobnie. Wszystko zaczyna się przecież w naszych głowach…

Znaczek
Remek Siudziński 13.12.2018
Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce.