Upadki czynią cię silniejszym…

Błażej Augustyn | 25.10.2018 Piotr Matusewicz / newspix.pl

Oprócz talentu, charakteru czy pracowitości, w życiu osobistym oraz zawodowym, szczęście odgrywa bardzo ważną rolę. W swojej dotychczasowej karierze sportowej nie zawsze je miałem, choć i tak to szczęściu zawdzięczam najwięcej. Dzięki niemu zostałem piłkarzem, z kolei bycie nim dało mi szczęście w życiu osobistym – wspaniałą żonę oraz cudowną córkę.

Zacznijmy jednak od początku…

Jak większość dzieci w latach 90-tych, aktywne spędzanie wolnego czasu było dla mnie czymś naturalnym. Koszykówka, siatkówka, a nawet strzelanie z łuku…

Jak wiadomo, wybrałem piłkę nożną. To na nią poświęcałem najwięcej czasu, tocząc z kolegami z osiedla zacięte boje ligowe. Rywalizacja podwórek to coś, co nakręcało nas najbardziej. Nie ma przecież nic lepszego w tym wieku, jak pokazanie, że jest się lepszym. A skoro często bywaliśmy lepsi, w głowie zaczęły tlić się marzenia, żeby sprawdzać się na tle mocniejszych rywali. Jako chłopak z niewielkiego miasta, marzyłem o graniu na najwyższym poziomie. O byciu dobrym i rozpoznawalnym piłkarzem. Z biegiem czasu, ta myśl przestała być marzeniem, a stała się moim celem.

Swoje pierwsze kroki jako młody piłkarz stawiałem w Strzeliniance Strzelin. Później przyszedł czas na Wrocław i grę dla tamtejszego Śląska. Ostatnim przystankiem na polskich boiskach w kategorii juniora był UKS SMS Łódź. Wszystko układało się świetnie. Byłem przekonany, że jestem w stanie dojść w miejsce, które obrałem za swój cel. Dostałem się do narodowej kadry młodzieżowej, przechodziłem przez jej wszystkie roczniki. Granie z orzełkiem na piersi dawało mi ogromną dumę, a momenty w których przychodziły kolejne powołania były czymś wyjątkowym. Moja wiara w siebie rosła z meczu na mecz.

A czekały mnie wyzwania z nie byle kim. Eto’o, Totti, Cavani, Del Piero…

Nie spodziewałem się jednak, że tak szybko pojawi się zainteresowanie ze strony zagranicznych klubów. Feyenoord i Bolton. Szok. Niedowierzanie. Strach. Ale przede wszystkim ekscytacja i poczucie dumy.

Czas pakować walizki. Lecę do Anglii – krzyczałem w swoich myślach. Wtedy, podczas mojego pierwszego lotu samolotem, nie mogłem się spodziewać, że ten wielki świat piłki nożnej na najwyższym poziomie, tak często będzie rzucał mi kłody pod nogi w postaci kilku poważnych kontuzji…

Pierwsza z nich przydarzyła się we Włoszech, kraju z którym wiążą się dla mnie jedne z gorszych chwil pod względem sportowym, ale i najlepsze w kontekście mojego życia osobistego.

Wrócę jednak jeszcze na chwilę do mojego pobytu w Anglii. Cóż – nie trafiłem tam, aby odgrywać pierwszoplanową rolę i byłem tego świadomy. Jednakże dzielenie szatni z takimi piłkarzami jak Nicolas Anelka czy Jay Jay Okocha, który był moim idolem z dzieciństwa, dla chłopaka w moim wieku było wielką sprawą. Wiele zawdzięczam także Jarkowi Fojutowi i Przemkowi Kazimierczakowi, którzy pomogli mi na miejscu. Pobyt w angielskim klubie wspominam zawsze z uśmiechem na twarzy.

Gdy zgłosiła się po mnie Legia Warszawa, za namową mojego agenta zdecydowałem się na powrót do Polski. Być może podjąłem tę decyzję zbyt pochopnie, mogąc próbować swoich sił w Premier League. Jednak wizja trafienia do drużyny, która zawsze gra o najwyższe cele oraz wspomniany manager, który bardzo naciskał na ten transfer, sprawiły że znalazłem się w stołecznym klubie. Tam niestety nie obdarzono mnie zbyt wielkim zaufaniem, w konsekwencji czego zostałem wypożyczony do włoskiego Rimini.

Piotr Kucza / newspix.pl | Włochy to nie tylko futbol i wspaniała kuchnia, ale także wiecznie uśmiechnięci ludzie

Piękna pogoda, fantastyczna kuchnia, ludzie którzy mogliby porozumiewać się bez słów, wyrażając swoją gestykulacją cały wachlarz emocji. Czułem, że chcę tu zostać tak długo, jak tylko będzie to możliwe. Pragnąłem udowodnić swoją wartość i pokazać, że potrafię grać w piłkę na wysokim poziomie. Nie wiedziałem nawet, jak szybko będę musiał zmienić swoje cele…

15 listopada 2008. Mój drugi ligowy występ. Upadłem na murawę w samej końcówce meczu. Czułem, że dzieje się coś złego. Zostałem zniesiony za linię boczną. Ból po chwili minął, dlatego próbowałem wstać i wykonać trucht. Nie było szans. Kolano było tak luźne, że nie byłem w stanie nic zrobić. Po dwóch dniach w jednej z klinik w Bolonii wykonano rezonans kolana, po którym postawiono diagnozę – zerwane więzadło krzyżowe. Zapadła szybka decyzja o operacji. Wiedziałem, że muszę zaufać lekarzom. Rehabilitacja odbywała się w San Marino. Od rana do wieczora, dzień w dzień. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wcześniej znalazł w sobie takie pokłady siły. Siły, która pozwalała mi robić błyskawiczne postępy. Energia jaką wtedy w sobie miałem oraz wiara w swoje umiejętności, pozwoliły mi wrócić na końcówkę sezonu i zagrać w 39 kolejce. Świetnie przygotowany rozegrałem jeszcze kilka spotkań na dobrym poziomie. Ciężka praca podczas rehabilitacji oraz zaufanie ze strony trenera w najważniejszych spotkaniach, sprawiły że mogłem zakończyć ten sezon w pozytywnym nastroju. Skłamałbym jednak twierdząc, że te kilka miesięcy rozbratu z piłką nie były jednym z trudniejszych okresów mojej kariery. Jak się później okazało, los postanowił jeszcze kilka razy przetestować mój charakter.

Trzynaście długich miesięcy, podczas których mocno zaniknęły nie tylko mięśnie, ale także wiara w dalsze losy mojej kariery.

Dobra końcówka sezonu w moim wykonaniu zaowocowała podpisaniem 4-letniego kontraktu z Catanią, drużyną grającą we włoskiej Serie A. Pewnie się dziwicie, że po tak ciężkiej kontuzji, do tego nie mając w piłkarskim CV zbyt wielu występów w poprzednich drużynach, zgłasza się po mnie zespół z czołowej europejskiej ligi. Powiem Wam więcej. Oprócz Catanii, miałem oferty z trzech innych drużyn z Serie A. Sam byłem tym nieco zszokowany. Andrea Sottil, z którym grałem w Rimini – rekomendował mi kierunek sycylijski. Oprócz fajnych warunków do życia, stworzono tam ośrodek treningowy wart kilkadziesiąt milionów Euro. Do tego osoba dyrektora sportowego, Pietro Lo Monaco, o którym we Włoszech mówiono że ma nosa do utalentowanych graczy. Naturalnym było więc, że chciałem być kolejnym piłkarzem, za którego sprowadzenie dyrektor Lo Monaco będzie chwalony.

Mój debiut niestety nie był udany. W pierwszym meczu u siebie przegraliśmy z Sampdorią, a ja musiałem opuścić plac gry w 78 minucie po drugiej żółtej kartce. Obie otrzymałem po faulach taktycznych, obie złapane na Antonio Cassano. To było moje pierwsze przetarcie z włoską piłką na najwyższym poziomie. Zrozumiałem, że jako młodemu obrońcy, potrzeba będzie czasu, aby nie dawać się przechytrzyć bardziej doświadczonym graczom. A czekały mnie wyzwania z nie byle kim. Eto’o, Totti, Cavani, Del Piero…

LIVERANI / newspix.pl | Mój pierwszy sezon we włoskiej Catanii – podczas zremisowanego meczu z Napoli

Niestety, w kwietniu 2010 roku przyszło mi się zmierzyć z dużo trudniejszym rywalem. Ponownie zerwałem więzadła krzyżowe w kolanie, tym razem prawym. Oprócz ogromnego bólu, z każdą kolejną chwilą uświadamiałem sobie jaki dramat się rozgrywa. Tym razem problemem nie było jedynie cierpienie fizyczne, ale także psychiczne. Rozgrywałem przecież dobry sezon, trener na mnie stawiał, czułem że wreszcie nabieram właściwego rozpędu i jak piorun z nieba spada na mnie ta cholerna kontuzja. Ponowna wizyta w klinice w Bolonii, operacja przeprowadzona przez profesora Roberto Budę i mozolna rehabilitacja. Po sześciu miesiącach wróciłem do treningów, jednak przy większych obciążeniach czułem dziwny ból. Na domiar złego, kolano strasznie puchło. Zamknij oczy i wyobraź sobie arbuza. Tak właśnie wyglądało moje kolano. Było wielkie jak arbuz. Regularnie ściągano z niego krew i ropę, co bardzo mnie niepokoiło. Postanowiłem pojechać do Villi Stuart, która już wtedy była bardzo renomowaną kliniką. Tam postawiono kolejną diagnozę, która ścięła mnie z nóg. Łąkotka była odczepiona od kości i jedynym wyjściem było jej przyszycie. Na życzenie mojego klubu, który obawiał się przedłużającego się leczenia, operację wykonał słynny dziś na całym świecie doktor Mariani. Jeśli teraz pomyślisz, co będziesz robił dokładnie za rok – stwierdzisz, że to tak dużo czasu, iż nie ma sensu się nad tym teraz zastanawiać. Mi leczenie zajęło trzynaście miesięcy. Trzynaście długich miesięcy, podczas których mocno zaniknęły nie tylko mięśnie, ale także wiara w dalsze losy mojej kariery.

Po długiej rehabilitacji i dojściu do pełni zdrowia, moja włoska przygoda trwała dalej. Zostałem wypożyczony do Vicenzy. Wprawdzie chodziły słuchy o transferze definitywnym do lepszego zespołu, jednakże finalnie żadne porozumienie nie zostało osiągnięte. Z każdym kolejnym meczem czułem, że kontuzja jest już daleko z tyłu. Strzeliłem nawet swoją pierwszą bramkę ligową na włoskich boiskach. I to w meczu derbowym przeciwko drużynie Hellas Verona. Vicenza to jednak miejsce, które będzie dla mnie już zawsze wyjątkowe z innego względu. To właśnie tutaj na świat przyszła moja córeczka Nicole, która jest całym moim światem. Jak tylko podrośnie, zamierzam zabrać ją tam z powrotem i pokazać wszystko, co związane było z jej dzieciństwem. Miejsca w których spacerowaliśmy, w których jedliśmy, gdzie chodziła do przedszkola czy gdzie mieszkaliśmy. Wracając do futbolu, okres wypożyczenia dobiegł końca i wróciłem na Sycylię. Niestety w wizji trenera nie było dla mnie miejsca. Na pożegnanie z tamtejszą publicznością otrzymałem 30 minut gry w ostatnim ligowym spotkaniu. Zrozumiałem, że trzeba będzie szukać sobie nowego zespołu.

Już na początku przestrzegł mnie, że ból będzie mi towarzyszył każdego dnia przez dłuższy okres.

Moim głównym zmartwieniem było to, że pomimo kilku ofert z Serie B, nie przygotowywałem się z żadną drużyną do sezonu. Ponownie swoją negatywną rolę odegrał agent, który byłby jednym z lepszych bajkopisarzy, gdyby zdecydował się na taki właśnie zawód. Zgłosił się po mnie Górnik Zabrze, gdzie bardzo chciał mnie trener Adam Nawałka. Powrót do Polski z przepełnionych słońcem Włoch pewnie niejednego wprowadziłby w nostalgię. Ja jednak cieszyłem się z powrotu do kraju. Nie wiedziałem wtedy, że chyba wcześniejszym lotem poleciał tam już mój los, który czekał na mnie z kolejnymi „atrakcjami”…

Do Górnika trafiłem we wrześniu 2013 roku. Nie zdążyłem się jeszcze porządnie zadomowić w Zabrzu, a już na początku sezonu doznałem urazu stopy. Wprawdzie została ona unieruchomiona na miesiąc, jednak nic nie zapowiadało dłuższej przerwy. Zgodnie z planem wróciłem na okres przygotowawczy i wszystko wskazywało na to, że z nogą jest już w porządku. Niestety nie było. Po 26 minutach meczu z Zagłębiem Lubin, uraz stopy się odnowił. Stało się to podczas mocnej zmiany kierunku biegu. Ból, który poczułem był nie do wytrzymania. Lekarze w Polsce stwierdzili, że stopa jest po prostu stłuczona i podkręcona więc kontynuowałem treningi. Jak błędna była to diagnoza, miało okazać się dopiero wkrótce. Ból nie ustępował, czułem że ze stopą jest coraz gorzej. Po badaniach, które nie dawały żadnej odpowiedzi, zdecydowałem się wrócić tam, gdzie już wcześniej uzyskałem fachową pomoc – do Villi Stuart w Rzymie. Po 30 minutowym badaniu scyntograficznym, otrzymałem kolejnego kopniaka. Złamana przednia kość piętowa. A przecież to ja miałem być tym, który kopie…

Piotr Charchula / newspix.pl | Problemy zdrowotne nie ominęły mnie także w Górniku

Decyzja o operacji zapadała natychmiastowo. Zabieg odbył się już następnego dnia z samego rana. Kilka pierwszych dni spędziłem na miejscu w Rzymie, gdzie pokazywano mi jakie ćwiczenia będę musiał wykonywać w czasie rehabilitacji. Ta, odbywała się już w Polsce pod okiem naszego klubowego fizjoterapeuty Bartka Spałka. Już na początku przestrzegł mnie, że ból będzie mi towarzyszył każdego dnia przez dłuższy okres. Głównie z powodu śruby, którą umieszczono w mojej stopie. I rzeczywiście tak było. Wiedziałem że muszę zacisnąć zęby i znaleźć w sobie pokłady energii, które pomogły mi wyjść z dwóch poprzednich urazów. Śruba w mojej stopie jest do dzisiaj. Mimo możliwości jej usunięcia, nie zdecydowałem się na to otrzymując zapewnienie, iż nie jest to konieczne. Kolejne siedem miesięcy wycięte z piłkarskiego życia.

Górnik postanowił przedłużyć ze mną kontrakt, co bardzo mnie ucieszyło. Ogromna w tym zasługa śp. Krzysztofa Maja, który był temu klubowi całkowicie poświęcony. Wiedziałem, że muszę ciężko pracować na treningach aby wrócić do pełni formy i móc odwdzięczyć się za zaufanie, którym obdarzył mnie klub z Zabrza. Na inaugurację nowego sezonu zdobyłem bramkę w meczu przeciwko Cracovii. Moja forma rosła z meczu na mecz, czułem się coraz lepiej. Pojawiły się nawet głosy o zainteresowaniu mną zagranicznych klubów. Dużo większą jednak sprawą było to, iż zainteresowanie moją osobą wyrażał sztab reprezentacji narodowej, planując powołać mnie na zgrupowanie. Motywowało mnie to do jeszcze cięższej pracy. Niestety, podczas jednego z treningów doszło do kolejnego urazu. Usłyszałem trzask, który okazał się być naderwanym mięśniem czworogłowym na długości 9 cm i o szerokości 1,5 cm. Po prostu ogromna dziura. Prognozy nie były tak pesymistyczne, jak okazała się rzeczywistość. Zakładano mój powrót po 3-4 tygodniach. Przerwa trwała jednak dwa miesiące, a dolegliwości zrastającego się mięśnia odczuwałem przez kolejne dwa, co skutecznie utrudniało mi powrót na właściwe tory. Moja dwuletnia przygoda z Górnikiem zakończyła się dwoma golami strzelonymi w lidze i dwoma poważnymi urazami.

Archiwum Prywatne | Rodzina w komplecie

Wspomniane naderwanie mięśnia czworogłowego było ostatnią poważną kontuzją, choć niestety drobne urazy mnie nie omijają. Tak było i w tym sezonie, gdzie w czwartej ligowej kolejce naderwałem mięsień przywodziciela i straciłem kilka tygodni. Szkoda tego czasu, zwłaszcza w kontekście dobrej formy, jaką prezentowałem już na starcie rozgrywek. Dowodem tego było dwukrotne umieszczenie mnie w 11-stce kolejki. Mam nadzieję, że limit pecha na ten sezon już wyczerpałem. Zdaję sobie jednak sprawę, że do tego potrzeba sporo szczęścia…

Moim szczęściem jest rodzina i przyjaciele, na których zawsze mogłem liczyć w tych trudnych dla mnie chwilach. To dzięki nim, miesiące rehabilitacji nie trwały jak cała wieczność. Każdemu, kto mierzy się z kontuzją, życzę aby miał wokół siebie ludzi, na których zawsze może polegać. Życzę wiele wytrwałości i znalezienia w sobie pokładów energii, tak bardzo potrzebnych do powrotu na boisko. Jeśli tej siły nie macie w sobie, szukajcie jej na zewnątrz, chociażby w muzyce, która także dla mnie była inspiracją i motywacją do przekraczania swoich granic.

Moje największe marzenie ? Żebym był zawsze zdrowy, bo o całą resztę zadbać można ciężką pracą. Tego zdrowia także i Wam życzę.

Znaczek
Błażej Augustyn 25.10.2018
Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce.