Słodko gorzkie wspomnienia z Soczi

Karolina Chrapek | 27.12.2018 EXPA/Johann Groder

Moja kariera sportowa nie była tą z pierwszych stron gazet. Nie doczekałam się kubków, breloczków, pluszowych maskotek, pocztówek czy koszulek z moją podobizną…

Zawsze mogłam spokojnie przejść przez Wisłę, skąd pochodzę, czy Gliwice, gdzie obecnie mieszkam. Właściwie przez każde miasto mogłam przejść niczym jego zwykły mieszkaniec. Paparazzi na mnie nie polowali, a skrzynka pocztowa nie była zapchana listami od fanów. Mimo tak pozornie normalnego życia, jak każdy sportowiec będący członkiem kadry narodowej, spędzałam poza domem ponad 250 dni w roku. Wylewałam hektolitry potu na siłowni czy borykając się z licznymi kontuzjami kolan, dzielnie walczyłam o powrót do pełniej sprawności. Mimo braku obecności na pierwszych stronach gazet, z dumą reprezentowałam Polskę na zawodach międzynarodowych.

Tak pokrótce chyba powinnam się przedstawić. Nazywam się Karolina Chrapek i byłam reprezentantką kadry narodowej w narciarstwie alpejskim. Swoją przygodę z nartami zaczęłam mając dwa i pół roku. Tata, wtedy instruktor narciarstwa, postawił mnie pierwszy raz na śliczne, żółte, plastikowe narty, które dostałam od babci. Było to o tyle znaczące, że babcia w młodości też trenowała narciarstwo i chyba nieświadoma swojego czynu, zapoczątkowała całą lawinę zdarzeń, które doprowadziły mnie do reprezentacji kraju i udziału w igrzyskach olimpijskich.

Archiwum Prywatne | Widok ze startu zjazdu

Generalnie najbliższa rodzina odegrała w mojej karierze bardzo istotną rolę poprzez ogromne wsparcie. To oni byli ze mną na dobre i na złe, motywowali, wierzyli, przeżywali każdy start, kibicując i mocno trzymając kciuki. Dawało mi to siłę, aby się nie poddawać mimo wielu wspomnianych wcześniej kontuzji kolan. Pierwsza pojawiła się w 2003 roku, kiedy dopiero zaczynałam traktować narty poważnie. Kolejna to 2007 rok i to chyba ona najbardziej odcisnęła piętno na mojej psychice. Powrót do dobrej jazdy zajął mi prawie dwa lata. To przez nią też nie udało mi się nawet zawalczyć o Vancouver 2010. Z perspektywy czasu wiem, że dobrze się stało. Wówczas, fizycznie ani psychicznie nie byłam gotowa do startu w tak ważnej imprezie. Następna pojawiła się w 2011 roku, zaraz po moich pierwszych Mistrzostwach Świata i Uniwersjadzie, na której zdobyłam srebro i brąz. Wtedy właśnie, zmieniło się moje podejście do sportu. Zaczęłam żyć w myśl zasady: „co ma być, to będzie”. Postanowiłam dawać z siebie wszystko i jeśli coś jest mi pisane, to po prostu się stanie.

Przeczytaj także

Maksymalnie zmotywowana przeszłam kolejne 7 miesięcy żmudnej rehabilitacji. Z początkiem 2012 roku wróciłam na narty i po miesiącu bardzo dobrych startów… kolejny raz kolano nie wytrzymało. Wtedy podeszłam do tej całej sytuacji trochę jak robot mówiąc sobie:

– „Ok. Soczi się zbliża i ja tego nie odpuszczę, nie poddam się właśnie teraz”.

Po kolejnych 7 miesiącach rehabilitacji wróciłam do treningów i sezonu startowego. Nie był on udany i wiedziałam, że w kolejnym muszę dać z siebie 110 procent, aby zakwalifikować się na igrzyska w Rosji.

Lato 2013 było intensywne. Wszystko było podporządkowane nartom i to ze zdwojoną siłą. Na przestrzeni całego sezonu przygotowawczego odpuściłam tylko jeden trening, ponieważ się rozchorowałam. Przed rozpoczęciem sezonu olimpijskiego nie miałam sobie nic do zarzucenia. Wiedziałam, że tylko od mojej głowy będzie zależeć, czy polecę na igrzyska czy nie. W rankingu byłam czwartą zawodniczką w teamie. Czwartą, czyli najgorszą. To stawiało mnie w sytuacji „all in or out”. Miałam dwa miesiące, żeby pokazać wszystkim na co mnie stać i awansować.

Marek Biczyk | Podpis flagi podczas ślubowania olimpijskiego. Ze mną Maryna Gąsienica-Daniel.

Sezon ruszył pełną parą. Puchary Świata w USA i Kanadzie to była idealna rozgrzewka i kolejne kilometry w nogach w Slalomie Gigancie i zjeździe. Następnie dwa medale: srebro i brąz na Uniwersjadzie. Były też Puchary Europy, gdzie regularnie punktowałam, ale również zaliczyłam mocny upadek lądując na zjeździe w siatkach zabezpieczających trasę przy prędkości ponad 100 km/h. Mimo dość mocno poobijanego ciała, nie poddawałam się i nic nie było w stanie mnie zatrzymać. Startowałam dalej, czując jak moja forma rośnie. W połowie stycznia wystartowałam w kolejnym Pucharze Świata w austriackim Altenmarkt-Zauchensee, gdzie 7 lat wcześniej brałam udział w MŚJ i miałam pewne rozrachunki z trasą. Udało się je rozstrzygnąć na moją korzyść i systemem olimpijskim skończyłam zawody na 28 pozycji, co zaowocowało kwalifikacją na igrzyska!

W tamtym sezonie była jeszcze jedna kwestia, która była moją olbrzymią motywacją. W 2007 roku byłam na EYOF-ach, czyli Europejskiej Olimpiadzie Młodzieży. Wtedy też składałam olimpijską przysięgę w warszawskim PKOl-u i pomyślałam sobie, że chciałabym tutaj wrócić i złożyć kiedyś „prawdziwą” przysięgę na te „prawdziwe” igrzyska. Udało się! Zimą 2014 roku dołączyłam do, chyba mogę to tak nazwać, elitarnego grona polskich olimpijczyków.

Ten jeden SMS potwierdził, że marzenie, które zawsze towarzyszyło mi podczas zdmuchiwania świeczek na urodzinowym torcie w dzieciństwie, właśnie się urzeczywistnia.

O tym, że jadę na igrzyska, że moje powołanie jest już oficjalne, dowiedziałam się po treningu, siedząc sama w samochodzie. Nie miałam dostępu do internetu i jedynym źródłem informacji był SMS od mamy. Cały dzień byłam poddenerwowana i nawet trudno było mi się skupić na treningu, ponieważ w głowie miałam tylko jedną myśl, że to dziś zostanie przedstawiony oficjalny skład na IO. Ten jeden SMS potwierdził, że marzenie, które zawsze towarzyszyło mi podczas zdmuchiwania świeczek na urodzinowym torcie w dzieciństwie, właśnie się urzeczywistnia. Dopiero po chwili mogłam przybić piątkę z trenerem, który oczywiście się cieszył, ale równocześnie dowiedział się, że przez pierwsze dwa tygodnie startów w Rosji będzie zupełnie sam ze mną i Maryną Gąsienicą-Daniel, czyli moją koleżanką z zespołu. Takie oto świętowanie nominacji olimpijskiej…

Archiwum Prywatne | Dumna reprezentacja olimpijska

W przypadku narciarstwa alpejskiego taki obrót spraw stanowi ekstremalnie trudną sytuację, ponieważ trener ma na głowie równocześnie kilka niezwykle istotnych obowiązków. Pełni rolę serwisanta (przygotowanie nart zajmuje kilka dobrych godzin, które spędza w narciarni), musi stawiać się na odprawy trenerskie przed zawodami i treningami oraz oczywiście być obecnym na stoku w trakcie tychże treningów. W takiej sytuacji zostałyśmy z Maryną same z organizacją treningów kondycyjnych oraz – i tutaj największy paradoks wysłania jednoosobowego sztabu na najważniejszą imprezę w życiu zawodnika – w dniu samych zawodów. W takim dniu większość teamów, szczególnie w konkurencjach szybkich, ma rozstawionych trenerów na całej długości stoku, aby na bieżąco podawali informacje o newralgicznych momentach, na których inne zawodniczki mają problem oraz przekazywali, jakie są aktualnie warunki na trasie. My mogłyśmy korzystać tylko z tego co widziałyśmy ze startu. Ewentualnie w telewizorze umieszczonym w okolicach startu, a także z … podsłuchanych raportów innych zespołów. Ot, taka rzeczywistość.

Citypress24/Pressfocus | Uśmiech do kamery obowiązkowy, w końcu realizowałam swoje marzenia

Niemniej jednak IO były niesamowitym przeżyciem. Przeżyciem zapierającym dech w piersiach. Pierwszym namacalnym potwierdzeniem uczestnictwa była przysięga olimpijska składana w PKOl w Warszawie wspólnie z najlepszymi polskimi sportowcami. Oczywiście wieczorna kontrola antydopingowa w hotelu tylko spotęgowała przeświadczenie o ważności tych zawodów. Następnie moment, w którym weszłam na płytę Stadionu Olimpijskiego Fiszt w Soczi. To była bez wątpienia jedna z najwspanialszych chwil w moim życiu!  Nawet teraz, pisząc o tym, mam gęsią skórkę. Kamery, flesze, tysiące ludzi, ta wrzawa i oklaski – po prostu WOW!!! Przeżycie nie do zapomnienia. Wreszcie z tej drugiej strony mogłam pomachać do widzów na stadionie i przed telewizorami. Poczucie tej energii bijącej z widowni i słowa, które brzęczały mi w głowie: „Jesteś tutaj! To się dzieje naprawdę! Udało się! Jesteś na igrzyskach!”.

W tamtym czasie wynik ten okazał się być najlepszym uzyskanym przez Polaka na przełomie ostatnich 20 lat na zawodach tej rangi!

Mimo, że powrót do mojej wioski olimpijskiej, jednej z dwóch usytuowanych w górach, zajmował aż 1,5 godziny, warto było wziąć udział w całej ceremonii otwarcia. Na miejscu przekonałam się też, że 3-godzinna zmiana strefy czasowej bywa gorsza od latania na drugi koniec świata. Walka z tym, aby zasnąć 3 godziny wcześniej męczyła mnie jeszcze przez dobry tydzień od przylotu. Dla tych, którzy myślą, że sportowcy śpią w luksusach śpieszę z wyjaśnieniami. Bloki, w których mieszkaliśmy, były dalekie od ideału. Ściany nie tłumiły kompletnie niczego. Dosłownie. Tam też zdałam sobie sprawę, że jedyny sport zimowy rozgrywany rano to właśnie narciarstwo alpejskie. Wieczorem, kiedy chciałam iść spać, czyli około godziny 22, większość współlokatorek dopiero wracała z zawodów lub treningów. Niestety, mało kto dbał o ciche rozmowy czy kąpiele. Nawiązując do kąpieli, na apartament (bez kuchni) składały się cztery pokoje i dwie łazienki – jedna ze średnio użyteczną wanną oraz druga, o wielkości ok 5m2, z prysznicem, toaletą i umywalką. Prysznic był tak wykonany, że woda zamiast spływać, wylewała się spod brodzika i zalewała łazienkę. Zapewniam, nie było to komfortowe. Znalazłoby się kilka dodatkowych absurdów jak np. asfalt wylewany na wjeździe w dniu naszego przyjazdu….

Archiwum Prywatne | Mój olimpijski pokój

Czas skupić się jednak na tym, co kibice mieli szansę zobaczyć – zawodach. Miałam to szczęście, że mogłam wystartować we wszystkich konkurencjach alpejskich (zjeździe, kombinacji alpejskiej, super gigancie, slalomie gigancie i slalomie). Mój sukces, bo tak go nazywam, mimo że pewnie wielu się z tym nie zgadza, przyszedł wraz z pierwszym startem w kombinacji alpejskiej, na którą składały się: jeden przejazd zjazdu i jeden slalomu. Było to dokładnie 10 lutego. Zajęłam wtedy 17 miejsce. Pierwszy raz w życiu przegrałam poniżej 5 sekund w zjeździe i łącznie ok 7 sekund ze zwyciężczynią, co było najmniejszą stratą w tej konkurencji w całej mojej karierze. W tamtym czasie wynik ten okazał się być najlepszym uzyskanym przez Polaka na przełomie ostatnich 20 lat na zawodach tej rangi! Kolejne starty nie były już tak udane.

Gdyby kilka lat wcześniej ktoś powiedział mi, że zostanę kiedyś olimpijką, zapewne bym się roześmiała.

Super Gigant, przed którym spałam zaledwie 3 godziny, a był drugą po kombinacji alpejskiej konkurencją, w której liczyłam na dobry wynik, niestety mi nie wyszedł. Był to dzień pechowy dla dość dużej grupy zawodniczek, ponieważ dziewiątka z pierwszej startującej dziesiątki wypadła z trasy. Ja niestety podzieliłam ich los. Zrobiło się bardzo ciepło, co dla konkurencji szybkich jest niewskazane i niebezpieczne, bo śnieg bardzo zmiękł i na ostatniej ściance przypominał ten z wiosennych szusów – ciężka, mokra plucha. Kolejne dwa starty w zjeździe i slalomie gigancie ukończyłam na 33 pozycji. W zjeździe liczyłam na więcej, ale ogólnie przejazd był zdecydowanie gorszy od tego zaliczanego do kombinacji, mimo że jego czas był lepszy. Można było to porównać, ponieważ trasa była identyczna. W slalomie gigancie początkowo miałam w ogóle nie startować, ponieważ nie miałam odpowiedniej ilości punktów, ale na miejscu okazało się, że jest taka możliwość i oczywiście nie mogłam z niej nie skorzystać. Do mety dojechałam, ale warunki pogodowe panujące w tym dniu były straszne. Na starcie padał śnieg z deszczem, w połowie trasy była mgła, a na mecie totalna ulewa. Slalom gigant składał się z dwóch przejazdów po różnych ustawieniach. Między nimi deszcz padał tak mocno, że sędziowie zaczęli się zastanawiać czy drugiego przejazdu nie przenieść na następny dzień. Takie sytuacje zdarzają się bardzo rzadko na zwykłych zawodach, a tutaj zastanawiano się nad tą opcja na najważniejszej imprezie w sezonie, a dla wielu zawodników nawet w karierze. Ostatnią z moich konkurencji był slalom, gdzie liczyłam na dwa dobre przejazdy. Miałam dość odległy numer startowy, co w narciarstwie alpejskim zwiastuje zdecydowanie gorsze warunki na trasie w porównaniu do zawodniczek z początku listy startowej. Niemniej jednak, pomimo 66 numeru startowego po ruszeniu na trasę pozytywnie się zaskoczyłam. Warunki były całkiem dobre, niestety pechowo potknęłam się i najechałam jedną nartą na drugą. Straciłam równowagę i nie pozwoliło mi to zmieścić się do kolejnego skrętu.

Archiwum Prywatne | Niestety nie udało mi się wspiąć na szczyt także w zawodach

W taki oto sposób zakończyłam swoje zmagania na moich pierwszych i jak się później okazało, ostatnich igrzyskach olimpijskich. Bez względu na wszystko, jest to dla mnie ogromny, życiowy sukces. Gdyby kilka lat wcześniej ktoś powiedział mi, że zostanę kiedyś olimpijką, zapewne bym się roześmiała. Teraz, po prawie czterech latach od zakończenia kariery sportowej, śmiało mogę powiedzieć, iż warto było poświęcić każdą chwilę swojego życia, aby spełnić swoje największe sportowe marzenie. Bo jak mawiał Pierre de Coubertin: „Istotą igrzysk nie jest zwyciężać, ale wziąć udział”.

Znaczek
Karolina Chrapek 27.12.2018
Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce.