Powrót do żywych

Hovhannes Yazichyan | 21.03.2019 Archiwum Prywatne

Jestem w jednym z łódzkich pubów po mocnym treningu i czekam na kolegę. Przy barze siedzi nieznajomy mi człowiek. Zaczepił mnie i od słowa do słowa rozpoczęliśmy rozmowę.

Zapytał mnie o pochodzenie, a gdy dowiedział się, że jestem Ormianinem uśmiechnął się. Był kiedyś w Armenii, a konkretnie w rejonie Górskiego Karabachu. Okazało się, że ja też wtedy tam byłem. Byliśmy razem w tym samym miejscu i tym samym czasie – w 1993 roku na froncie wojny ormiańsko-azerskiej. Braliśmy nawet udział w tej samej bitwie – o małą wioskę, podczas której ponieśliśmy bardzo duże straty w ludziach i sprzęcie.

Co za los. Po 10 latach spotyka się dwóch ludzi, którzy stali ramię w ramię na froncie 3000 kilometrów stąd. Wtedy się nie znaliśmy. Poznaliśmy się dopiero w tym łódzkim pubie i rozmawialiśmy do drugiej w nocy. Opowiadaliśmy nie tylko o wojnie, ale także o swoich obecnych zajęciach i pracy. Tym człowiekiem był znany polski fotoreporter wojenny – śp. Krzysztof Miller. Spotkaliśmy się jeszcze później, a ja dostałem w pamiątkę kilka zdjęć z jego reportażu z Górskiego Karabachu.

Szybko zostałem pobrany do wojska, a szkolenie nie trwało zbyt długo – błyskawiczne zapoznanie się z Kałasznikowem i zaledwie jeden magazynek wystrzelony na poligonie. Na więcej nie było czasu. Reszty trzeba było się nauczyć na miejscu. Na froncie.

Archiwum Prywatne | Rok 1993, bitwa o Górę Omar

Zanim jednak wybuchła wojna, a ja trafiłem na front, w wieku 8 lat rozpocząłem swoją przygodę ze sportem, a konkretnie z judo. Sala treningowa była dla mnie tak naprawdę odskocznią od codziennych problemów. Bardzo wcześnie straciłem ojca i wychowywałem się z matką, która pracowała na dwa etaty, żeby tylko utrzymać rodzinę. Mimo wszystko, czas dzieciństwa wspominam miło i sentymentalnie.

Już wtedy byłem duży i silny. Moja ciotka pracowała w przychodni sportowo-lekarskiej i zaprowadziła mnie na trening. Szybko złapałem bakcyla i właściwie całe swoje życie podporządkowałem pod treningi. Pierwszy ogólnorozwojowy miałem o 6.30 rano jeszcze przed zajęciami szkolnymi. Drugi, stricte pod kątem judo – wieczorem. I tak codziennie. Kochałem sparingi – tak zwane „Randori”. Pokochałem też taki styl życia. Czasu wolnego nie miałem, ale od najmłodszych lat uczyłem się wszystko planować. To akurat zostało mi do dziś…

Pierwsze zawody wygrałem w wieku 10 lat. Z czasem przychodziły kolejne sukcesy, w tym kilkukrotne Mistrzostwo Armenii w różnych kategoriach wiekowych. Na arenie międzynarodowej również stawałem na podium, lecz nigdy nie udało mi się przebić do kadry Związku Radzieckiego i startować na zawodach rangi Mistrzostw Świata bądź Europy.

Dobrze rozwijającą się karierę w 1988 roku brutalnie przerwała wcześniej wspomniana wojna pomiędzy Armenią a Azerbejdżanem o Górski Karabach. Szybko zostałem pobrany do wojska, a szkolenie nie trwało zbyt długo – błyskawiczne zapoznanie się z Kałasznikowem i zaledwie jeden magazynek wystrzelony na poligonie. Na więcej nie było czasu. Reszty trzeba było się nauczyć na miejscu. Na froncie.

Archiwum Prywatne | Rok 1993, Kelbadżar

Dowództwo przydzielało żołnierzy na podstawie krótkiej rozmowy i po wyglądzie fizycznym. Dla sportowców czekała specjalna „nagroda” – ja trafiłem do oddziału zwiadowców artylerii. Bardzo dokładnie pamiętam swój pierwszy dzień na wojnie. Był listopad i było bardzo zimno. Dojechaliśmy już w nocy i koszarowali nas z najemnikami. Co chwilę słychać było strzały artylerii. Leżałem na deskach i nie mogłem zasnąć. To dziwne, ale nie czułem strachu. Nic wtedy nie czułem. Myślałem tylko o matce i o tym, że muszę przez to wszystko przejść, przetrwać i wrócić do rodziny.

Pierwsze zadanie otrzymaliśmy czwartego dnia – trzeba było wejść w nocy na łysą górę i znaleźć pozycje wroga. Samo wejście trwało 4 godziny. Kiedy świtało, my byliśmy już na górze. Niestety pogoda nie pozwoliła na ocenę pozycji wroga i trzeba było czekać na rozpogodzenie. Z każdą minutą słychać było narastające strzały, a przez radio informowano nas, że na dole robi się bardzo gorąco. Azerowie przeszli do zmasowanego ataku, w rezultacie którego nasi nie zdołali utrzymać pozycji, a my nie zdążyliśmy zejść z góry i zostaliśmy w tyle wroga. Utknęliśmy na trzy dni. Trzy cholernie zimne dni i noce. Bez ognia, bez picia i bez jedzenia. Trzeciego dnia otrzymaliśmy przez radio informację, że mamy dwie godziny na zejście. Dłużej nie uda się nas osłonić. Udało się. Wróciliśmy.

Archiwum Prywatne | Rok 1994, Górski Karabach

Z biegiem czasu oswoiłem się z takimi sytuacjami. Taka już jest natura człowieka, że jest w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego. Sport też mi pomógł. Zwykle człowiek nie zdaje sobie sprawy jaki wpływ ma sport na jego życie. Kształtuje nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Bez wątpienia pomógł mi przetrwać wiele ciężkich chwil na froncie. Uczestniczyłem w kolejnych zadaniach i bitwach, a po jednej z nich – bitwie o Omar, dostałem nawet wyróżnienie od Ministerstwa Obrony. Wielki honor.

Tak samo jak pierwszy dzień na froncie, pamiętam też powrót do domu. Stanąłem w drzwiach, a mama padła na kolana, po czym mocno mnie uścisnęła. Myślała wtedy, że odzyskała mnie na zawsze i już nigdy mnie nie puści. Ja jednak pragnąłem zmienić coś w życiu, odciąć się od tych wszystkich wspomnień i spróbować czegoś nowego.

Swoje pragnienie zamieniłem w czyn w 1995 roku i przeniosłem się do Polski, a dokładnie do Łodzi. Miałem tutaj znajomych ze środowiska sportowego, którzy pomogli mi się zaaklimatyzować. Po 5 latach trafiłem do Pabianic skąd pochodzi moja żona Ewa.

Archiwum Prywatne | Armenia 2018, wymiana międzynarodowa młodzieży Polska-Armenia

Gdy przyjechałem do Polski zacząłem treningi judo w łódzkim klubie Resursa, ale była to końcówka mojej kariery jako judoki. Bardziej skoncentrowałem się na pracy jako trener. Szkoliłem dzieci i młodzież w łódzkich klubach Resursa, AZS, Bushi i MKS Pałac Młodzieży, gdzie trenuję do dziś. Pracuję również jako nauczyciel wychowania fizycznego w Szkole Podstawowej nr 7.

Bardzo lubię pracę z dziećmi – to niesamowite jak można wpływać na kształtowanie osobowości młodego człowieka. Można zrobić wiele dobrego dla ludzi i dla społeczeństwa pracując w moim zawodzie.

Jednak ja kocham adrenalinę startową, kocham rywalizację i po zakończeniu kariery w judo zawsze mi tego brakowało. Jeździłem z moimi zawodnikami na zawody, ale to nie to samo, co stanąć samemu na macie lub pomoście i czuć atmosferę rywalizacji na własnej skórze.

Trójbojem zainteresowałem się 11 lat temu, gdy na siłowni zauważył mnie obecny trener, Tomasz Andrzejczak. Okazało się, że mam bardzo dobre wyniki, dlatego trener zaproponował bym zaczął ćwiczyć intensywniej. Długo nie musiał mnie namawiać. Zdałem sobie sprawę, że mogę od nowa brać udział w zawodach, ponownie poczuć rywalizację i WRÓCIĆ DO „ŻYWYCH”.

Przeczytaj także

I tak oto zacząłem regularnie trenować w 12-osobowym zespole Tytan Team z Łodzi. Mam tam opiekę trenera i przyjaciół, bez których bym sobie nie poradził.

Trójbój siłowy składa się z trzech konkurencji: przysiadu ze sztangą, martwego ciągu oraz wyciskania sztangi leżąc. Ja specjalizuję się w tym ostatnim. Moje pamiątki po judo – „niesprawne” kolana, w jednym zerwane więzadła, a w drugim problemy z łękotką – uniemożliwiają mi start w całym trójboju.

Niesamowity weekend okraszony dwoma tytułami, ale też okropny pod względem zdrowotnym. Drogi powrotnej do domu nie pamiętam.

Pamiętam swoje pierwsze Mistrzostwa Świata. To był niesamowity weekend w 2014 roku. Po 5 latach treningów zdobyłem Mistrzostwo Świata podnosząc sztangę o wadze 212,5 kg. Cudowne uczucie. Smakowało tym lepiej, że musiałem pokonać nie tylko rywali, ale także niesprzyjające okoliczności. Miesiące ciężkich treningów, przygotowania do najważniejszego startu i 2 dni przed zawodami dopadła mnie choroba… Jest to najgorsze, co może być dla sportowca. Mimo, że miałem organizm osłabiony gorączką to potrafiłem jeszcze bardziej się skupić i zmobilizować. Na rozgrzewce zapomniałem o wszystkim, o chorobie, o gorączce, o osłabieniu. Na pomoście zrobiłem swoje, tak jak zaplanowałem. Zdobyłem złoto w kategorii do 100kg masters.

Na drugi dzień, zdobyłem Puchar Europy podnosząc 206kg. Niesamowity weekend okraszony dwoma tytułami, ale też okropny pod względem zdrowotnym. Drogi powrotnej do domu nie pamiętam. Kolejne dwa dni przeleżałem w łóżku z gorączką 39 stopni.

W tym miejscu warto nadmienić, że w trójboju siłowym jest sześć znaczących federacji na świecie. Ja startuję w pięciu z nich. Większość sportowców tak jak ja, startuje w wielu federacjach. Jednak trochę trudno trafić z formą na wszystkie duże zawody. Trzeba dobrze zaplanować wszystkie starty, treningi i dietę.

Archiwum Prywatne | Mistrzostwa Świata w Trójboju Siłowym federacji WUAP 2018, złoty medal

Najważniejsza dla sportowca jest znajomość własnego organizmu. Cały cykl treningowy mam zawsze zaplanowany na 4-5 miesięcy, a mimo to i tak czasami robię korekty. Przeważnie, kiedy odczuwam przemęczenie to obniżam intensywność treningów na jakiś czas. Normalnie trenuję 5 razy w tygodniu po 2-3 godziny. Treningi specjalistyczne robię na siłowni w Pałacu Młodzieży w Łodzi, a treningi uzupełniające w różnych siłowniach w Łodzi i Pabianicach.

Przecież na tym świecie nie ma ludzi niepokonanych i z każdym można wygrać – to motto, które mobilizuje mnie do walki na każdych zawodach i w życiu.

Tak samo jak treningi, bardzo ważna jest dla mnie ścisła dieta, którą trzymam od ponad 5 lat. Jem dziennie około 3500-4000kcal w 5 posiłkach o odpowiedniej ilości białka, węglowodanów i tłuszczu. Specjalnie dla mnie jedzenie przygotowuje firma Catering Lily On Diet – mój sponsor, do którego mam pełnie zaufanie.

Archiwum Prywatne | Mistrzostwa Świata w Trójboju Siłowym federacji WPA 2017, złoty medal

Ale najważniejsza według mnie jest dyscyplina. Bez niej nie ma sukcesu. Planuję i realizuję każdy sezon, zapisuję każdy trening. Kocham porządek i spokój w moim życiu, wszystko mam poukładane. Mam także wspaniałą żonę Ewę i dwie cudowne córeczki, dla których uwielbiam robić śniadania. Niektórzy powiedzą, że takie zaplanowane w każdym detalu życie jest nudne, ale ja tak lubię i w tym czuję się najlepiej. Nie cierpię, kiedy zmieniają się moje plany, a czasami tak się dzieje. Nie wyobrażam sobie życia bez akceptacji rodziny i bliskich osób z którymi się przyjaźnię i pracuję na co dzień. Uważam, że oni mają duży wkład w mój sukces sportowy.

Kolejną osobą, której dużo zawdzięczam jest mój idol – mistrz olimpijski, Świata i Europy w podnoszeniu ciężarów, Ormianin Yuri Vardanyan. Jako dziecko zawsze chciałem być taki jak on. Poza tym zawsze podziwiam ludzi, którzy ciężką pracą osiągają duże sukcesy w życiu. Starają się każdego dnia być lepszą wersją siebie z dnia poprzedniego. Przecież na tym świecie nie ma ludzi niepokonanych i z każdym można wygrać – to motto, które mobilizuje mnie do walki na każdych zawodach i w życiu. Dzięki tej walce i motywacji do dnia dzisiejszego zdobyłem:

  • 9 tytułów Mistrza Świata w tym 4 złote w kategorii senior, 5 jako Masters (+40lat)
  • 9 tytułów Mistrza Europy, z których 3 w kategorii wiekowej senior, 5 Masters
  • ponad 10 rekordów Świata i Europy w kategorii wiekowej Masters – mój największy wyciskany ciężar to 226kg przy 96kg własnej masy ciała.

I jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa…

Znaczek
Hovhannes Yazichyan 21.03.2019
Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce.