Ogień, który rozpalił we mnie pasję

Michał Rajca | 11.10.2018 Michał Kuczyński

Razem z moim przyjacielem, z którym przez długi czas ścigałem się na trasach biegowych i przeżyłem niejeden wspólny obóz, mamy korbę na robienie rzeczy niecodziennych. Nie liczą się dla nas półśrodki. Zawsze idziemy na całość. I tak na przykład, bez żadnego wysokogórskiego doświadczenia zdobyliśmy 5-tysięcznik Kazbek w Gruzji. Z kolei, gdy pojechaliśmy w Tatry – zaczynaliśmy od razu od Orlej Perci. Nic dziwnego, że gdy podczas jednego wieczoru przy ognisku luźno rozmawialiśmy o triathlonie, chwilę później za cel obraliśmy sobie ukończenie zawodów z cyklu Ironman…

Pomysł długo kiełkował w mojej głowie. Przeleżał przez całe studia, głównie z powodu braku środków finansowych na taką zabawę, która powiedzmy sobie szczerze – do tanich nie należy. Łączny koszt całego sprzętu, wyjazdów i usług związanych z uprawianiem tego sportu na wysokim poziomie to dziesiątki tysięcy złotych. Nie znaczy to jednak, że nie robiłem nic, aby przybliżyć się do swojego nowego celu. Z kolarstwem i pływaniem nie miałem wcześniej zbyt dużo do czynienia więc próbowałem po prostu „gdzieś się zahaczyć” i zdobyć pierwsze doświadczenie. Nie było to proste, gdyż nie znalazłem w pobliżu żadnej sekcji stricte triathlonowej. Poszedłem więc na trening akademickiej drużyny pływackiej. Powiedziałem, że zaczynam przygodę z triathlonem i zapytałem, czy mogę z nimi trenować. Trenerka poprosiła mnie o przepłynięcie 100 metrów kraulem, po czym z szyderczym uśmiechem powiedziała: „raczej nie da rady chłopczyku…” Ostatecznie techniki pływania uczyłem się z filmików w serwisie Youtube.

Archiwum prywatne | Ostatnie chwile koncentracji przed Mistrzostwami Świata

Z kolarstwem było podobnie. Nie miałem właściwego roweru, a w grupach kolarskich na słowo „triathlonista” wszyscy odwracali się plecami i udawali, że nic nie słyszą. Swoje marzenia musiałem odłożyć w czasie. Jeździłem tylko rekreacyjnie na rowerze trekkingowym, aż do Świąt Bożego Narodzenia w 2015 roku. Prezent pod choinkę sprawiłem sobie sam, kupując wymarzoną „szosówkę”. Jeszcze w pierwszy dzień Świąt, korzystając z wyjątkowo ciepłej pogody wybrałem się na 100-kilometrową przejażdżkę na górę Pradziad (1491 m n.p.m.). Z miejsca to pokochałem!

Z racji mojego bagażu doświadczeń najłatwiej przychodziło mi bieganie. Do wieku juniora uprawiałem lekkoatletykę. Biegałem najdłuższe możliwe wtedy dystanse, czyli 2-3 kilometry na stadionie i 3-5 kilometrów w przełajach. Zasada już wtedy była prosta – im dłuższa trasa, tym moje szanse rosły i uzyskiwałem lepsze wyniki. Pierwszy start, jaki pamiętam to 3 klasa podstawówki i Mistrzostwa Województwa w biegach przełajowych w Komornie. Euforię dzieciaka wbiegającego na metę jako pierwszy zawodnik spokojnie można porównać do wygranej na Mistrzostwach Świata. Trenerzy szybko wyłapali mój talent i tak zaczęła się moja poważna przygoda ze sportem.

Do dziś pamiętam miny zawodników na trasie kolarskiej, gdy na mojej maszynie zostawiałem w tyle ich karbonowe szosówki.

Na początku trenowałem trzy razy w tygodniu. Szybko jednak doszedłem do wniosku, że aby osiągać ponadprzeciętne wyniki trzeba pracować jeszcze mocniej. Plan treningowy zawsze realizowałem w 100% i sam od siebie dodawałem jeszcze kilka jednostek. Gdy w założeniu było 10 kilometrów, ja robiłem 15. Trener wskazywał mnie jako przykład pracy i systematyczności. Myślę, że w tamtym okresie wykształcił się mój charakter, który do teraz pomaga w ciężkich momentach. Czy to w okresie treningowym, kiedy zmęczenie bardzo doskwiera i zwyczajnie nie chce się wyjść na kolejny trening, czy podczas zawodów, gdy dopada kryzys, a moja głowa radzi sobie całkiem nieźle z tymi przeciwnościami.

Z czasem treningi stały się bardzo obciążające. Do siedmiu jednostek w tygodniu dochodziły jeszcze obozy i zawody. Ciężko było to pogodzić ze szkołą. Musiałem z czegoś zrezygnować. Wiedziałem, że z biegania ciężko będzie mi wyżyć, więc podjąłem rozsądną moim zdaniem decyzję i wraz z rozpoczęciem nauki w szkole średniej zawiesiłem buty na kołku.

Wracając do triathlonu, moje pierwsze zawody to impreza na dystansie połowy Ironmana w Suszu. Był to czerwiec 2015 roku, a ja startowałem w wypożyczonej piance i na rowerze trekkingowym. Do dziś pamiętam miny zawodników na trasie kolarskiej, gdy na mojej maszynie zostawiałem w tyle ich karbonowe szosówki. Średnia z 90 kilometrów wynosiła około 34,5 km/h. Było to już całkiem niezłe tempo. Biegowo również czułem się mocny. Półmaraton pokonywałem w czasie poniżej 1h 20 min., ale nie byłem jeszcze przyzwyczajony do przejścia z roweru na bieg. Ostatnia konkurencja w Suszu była prawdziwą męczarnią, a mimo to zawody skończyłem z czasem 4h 55 min.

Na około 50-tym kilometrze trasy rowerowej dowiedziałem się, że jestem liderem! Ciarki przechodzą mnie za każdym razem jak to wspominam.

Po kolejnym mocno przepracowanym okresie zimowym potrafiłem już jednym ciągiem przepłynąć 1900 metrów. Na rowerze także radziłem sobie coraz lepiej, a i bieganie od dłuższego czasu wychodziło całkiem nieźle. Owoce ciężkiej pracy udało się zebrać w Triathlonie Karkonoskim – ekstremalnych zawodach zaczynających się na zamku Czocha, a kończących na Śnieżce. Oprócz niespełna 2 kilometrów pływania, czekała na mnie 86 kilometrowa trasa rowerowa, w tym 1900 metrów podjazdów oraz 21 kilometrów biegu górskiego z metą na najwyższym szczycie Karkonoszy. Na około 50-tym kilometrze trasy rowerowej dowiedziałem się, że jestem liderem! Ciarki przechodzą mnie za każdym razem jak to wspominam. W głowie zadawałem sobie pytanie – jak to możliwe? Adrenalina buzowała, a ja myślałem tylko o tym, by utrzymać prowadzenie do mety. Skończyło się nieoczekiwanym rekordem trasy i przydomkiem „czarnego konia”. Ludzie na zawodach zaczęli mnie rozpoznawać i wskazywać: „Patrz. To ten Rajca, co wygrał Karkonoszmana.”

Pochodzę z Głuchołaz – „górskiej” miejscowości, gdzie ciężko zrobić rozbieganie po płaskim terenie. Naturalnie przystosowywałem się więc do biegania po terenach górzystych. Za czasów szkolnych, niejednokrotnie brałem udział w Mistrzostwach Polski w Biegach Górskich, które rozgrywane były w nieodległym Międzygórzu. Myślę, że właśnie to dziś procentuje i predysponuje mnie do takich tras jak Triathlon Karkonoski czy zawody z cyklu Xtreme.

Michał Kuczyński | Piękne okoliczności przyrody zazwyczaj oznaczają piekielnie ciężką trasę

Na co dzień triathlon godzę z pracą na pełny etat w korporacji. Jestem zmuszony dostosować się do systemu zmianowego. Kiedy pracuję w dzień, trenuję po pracy, a gdy mam nocną zmianę – trenuję przed pracą. Cieszy mnie bardzo pozytywne podejście współpracowników i kierownictwa firmy w stosunku do tego co robię. Wiele osób mi kibicuje. Nie mam jednak taryfy ulgowej. Nikt nie patrzy na to, że przed chwilą wykonałem ciężki trening, albo że taki za chwilę mnie czeka. Życie prywatne, praca, treningi – dużą sztuką jest tak poukładać te klocki, żeby wszędzie się spełniać i zadbać o wszystkie aspekty. Mimo wszystko uważam, że zachowuję w tym całym szaleństwie zdrowy rozsądek i mam odpowiednio poukładane priorytety.

Na treningi przeznaczam średnio 15 godzin tygodniowo. Doliczając dojazdy, pakowanie sprzętu, prysznice i przebieranie wychodzi lekko ponad 20 godzin. Logistyka jest tu kluczem do sukcesu. Na więcej nie jestem w stanie sobie pozwolić. Standardowy tydzień wygląda następująco: 3 jednostki pływania (3 godziny), 4 razy rower (8 godzin) i 4 razy bieg (4 godziny). Nie będę w tym miejscu rozpisywał się na temat specyfiki, co, gdzie, kiedy i w jakich ilościach. Zainteresowanych zapraszam do podglądania moich treningów na platformie Strava oraz polubienia mojego profilu na Facebooku. Nie kryję się z treningami i wszystko udostępniam do wglądu publicznego. Na początku brakowało mi systematyczności i wszystko było „na czuja”. Obecnie tego freestyle’u jest coraz mniej. W całym tygodniu nie mam jednostek, które się powtarzają. Każdy trening ma coś wnosić. Jeden ma za zadanie podniesienie progu mocy na rowerze, inny wypracowanie wytrzymałości na długim dystansie. Poziom zawodników z czołówki to obecnie kosmos. Chcąc się z nimi ścigać muszę ciężko harować na treningu. Kluczowe jest jednak to, aby czerpać z niego przyjemność.

Jestem osobą, która czuje głęboko drzemiącą potrzebę samorealizacji. Jak za coś się wezmę, to zawsze staram się to robić na sto procent. W triathlonie odnalazłem sposób na życie i spełniam się na tym polu, a dodatkowo przynosi mi on dużą satysfakcję. Rodzina, najbliżsi i wszystkie osoby, które odnajdują motywację w tym co robię jeszcze bardziej mnie mobilizują. Kolejne wyzwania tylko nakręcają do jeszcze cięższej pracy. Na rok 2018 tymi wyzwaniami stały się zawody Swissman Xtreme Triathlon oraz zbliżające się Mistrzostwa Świata Ironman na Hawajach.

Osobą, która mnie inspiruje jest Wojciech Kurtyka – himalaista, człowiek wybitny w tym co robił i co osiągnął, a jednocześnie niezwykle rozważny.

Przygotowaniu pod Swissman’a służyła cała pierwsza część sezonu. Począwszy od startu w Zimowym Ultramaratonie Karkonoskim, poprzez zgrupowanie na Majorce i udział w kolejnych zawodach, takich jak: Biegi w Szczawnicy, Triathlon Sieraków czy Triathlon Karkonoski. Wszystko było dokładnie zaplanowane, żeby 23 czerwca 2018 roku być optymalnie przygotowanym fizycznie i technicznie do czekającego mnie wyzwania. Zawody w Szwajcarii rozgrywane są na dystansie Ironmana (3,8-180-42,2 kilometra). Pływanie odbywa się w jeziorze Maggiore na wysokości 196 m n.p.m. Trasa kolarska jest wyjątkowo trudna i ciągnie się przez trzy przełęcze: Gotthard, Furka i Grimsel. Kończy się zjazdem w dół do 567 m n.p.m. Na koniec zawodników czeka ciągły podbieg do wysokości 2061 m n.p.m. Suma przewyższeń to blisko 6000 metrów! Żeby ukończyć ten bieg, potrzeba niesamowitego wytrenowania i wytrzymałości, ale nie tylko… Bardzo ważna sprawa to logistyka. Bez idealnie przygotowanego teamu nie jesteś w stanie odnieść sukcesu. Moja ekipa supportująca była w pełni gotowa merytorycznie. Były to osoby z doświadczeniem, które brały już udział w tym wyścigu w 2015 roku.

Na Swissman’a jechałem więc w przeświadczeniu, że jestem bardzo dobrze przygotowany fizycznie, mam wspaniałą ekipę, a warunki i specyfika trasy mi służą. Wiedziałem, że przy odrobinie szczęścia mogę osiągnąć dobry wynik. Nie celowałem jednak w zwycięstwo. Chciałem przede wszystkim przeżyć piękną przygodę. Jak się później okazało, scenariusz tej imprezy nie mógł się dla mnie ułożyć lepiej… Po 90 kilometrach trasy rowerowej miałem 2 minuty straty do lidera i najtrudniejszy odcinek przed sobą. Na szczycie pierwszej przełęczy już prowadziłem i poczułem, że gdy zadbamy o wszystkie detale to możemy ten wyścig wygrać. Otrzymywałem z wozu technicznego na bieżąco informację o różnicach czasowych w czołówce. Mogłem więc teoretycznie kontrolować przebieg zawodów. W praktyce każde przekręcenie korbą było walką o przetrwanie… Od początku biegania czułem się dobrze. Kryzys przyszedł na 25 kilometrze. Przetrwałem. Przed finałowym podbiegiem (10 kilometrów i 1000 metrów przewyższenia) dostałem informację, że mam szansę na rekord trasy. Miałem dużą przewagę i mogłem spokojnie zmierzać do mety, ale ambicja kazała mi wykrzesać z siebie resztki sił. Udało mi się! Z czasem 11 godzin 26 minut stałem się nowym rekordzistą trasy!

Michał Kuczyński | Moja radość po wbiegnięciu na metę Swissman Xtreme Triathlon

Wygrana i rekord na Swissman Xtreme Triathlon to największy sukces w mojej krótkiej karierze triathlonisty. Sukces, z którego jestem bardzo dumny. Tym bardziej, że ludzie doceniają to co robię i odnajdują w tym motywację. Otrzymuję mnóstwo pozytywnych wiadomości i jest mi niezmiernie miło, że mogę być dla niektórych wzorem do naśladowania. Przykładem, że Polak potrafi wygrywać ważne imprezy na świecie i godnie reprezentować nasz kraj.

Chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że wszystkie moje sukcesy, ze zwycięstwem w Szwajcarii na czele to składowa wielu wydarzeń i decyzji. Proces, który trwał przez lata i nie zrodził się w rok czy dwa. Osobą, która mnie inspiruje jest Wojciech Kurtyka – himalaista, człowiek wybitny w tym co robił i co osiągnął, a jednocześnie niezwykle rozważny. Staram się czerpać z jego postawy jak najwięcej. Nieustannie dążę i szukam czegoś, co zaspokoi moją ambicję do zrobienia rzeczy niezwykłych. Nie wiem, czy to już nastąpiło (Swissman?), czy dopiero nastąpi, ale droga, którą przemierzam w dążeniu do osiągnięcia tego jest niesamowicie emocjonująca i nadaje sens każdemu kolejnemu dniu.

Nie byłbym sobą gdybym nie spróbował zawiesić poprzeczki jeszcze wyżej. Jakiś czas temu, za dwa główne cele mojej kariery postawiłem sobie wygranie wszystkich zawodów z trylogii Xtreme Triathlon: Swissman, Celtman oraz Norseman, a także zostanie Mistrzem Świata Ironman w swojej kategorii wiekowej.

Archiwum prywatne | Lista uczestników niedzielnych zawodów w Kona – mój numer 2263

Przed pierwszą szansą zrealizowania tego drugiego marzenia stanę już w najbliższy weekend. Od tygodnia aklimatyzuję się i szlifuję formę na Hawajach. Bardzo bym chciał powtórzyć wyczyn Marcina Koniecznego z ubiegłego roku, choć wiem, że o zwycięstwo łatwo nie będzie. Trasa mnie nie faworyzuje. Zazwyczaj sukcesy odnosiłem po dobrej jeździe bądź bieganiu w górach. Tak było w Karkonoszach, Szwajcarii, czy w zawodach Ironman Walia, gdzie zdobyłem kwalifikację na Mistrzostwa. Na Hawajach trasa jest bardziej płaska. Mimo wszystko, czuję się dobrze przygotowany, a swoją formę potwierdziłem jeszcze 23 września, zwycięstwem w zawodach IM70.3 Istria. Celuję więc w podium. Jeśli nie uda się w tym roku, to na pewno tu wrócę!

Znaczek
Michał Rajca 11.10.2018
Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce.