Niemożliwe nie istnieje!

Krzysztof Kokot | 24.01.2019 Archiwum Prywatne

Moje życie od samego początku miało bardzo dużo wspólnego ze sportem. Już przed pójściem do szkoły pływałem i nurkowałem w basenie, nie bojąc się wody. Rodzice chcieli, żebym był wszechstronny i spróbował wielu dyscyplin sportu, tak też trafiłem m.in. na zajęcia z judo czy tenisa. Tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego zdałem testy i zostałem przyjęty do klasy pływackiej w szkole sportowej, jednak treningi odbywały się 2 razy dziennie więc moi rodzice stwierdzili, że nie dam rady i przepisali mnie do zwykłej szkoły podstawowej. Tam, w drugiej klasie, zapisałem się do klubu piłkarskiego, w którym trenowałem przez 3 lata. Byłem bardzo zadowolony i dumny z bycia piłkarzem i chciałem w przyszłości grać profesjonalnie jak większość małych chłopaków. Gdy byłem w 6 klasie szkoły podstawowej, mój klub rozwiązano więc zmuszony byłem odejść. Nastąpiła dwuletnia przerwa w sporcie, a jedyną aktywnością fizyczną były zajęcia w-f.

Po lekcjach cały wolny czas spędzałem przed komputerem grając w gry. Byłem słaby fizycznie i bardzo szczupły. Moje mniemanie o sobie było niskie, nie mogłem patrzeć już na swoje obecne życie i pragnąłem zmian. Postanowiłem, że chcę zostawić jakiś ślad po sobie na tym świecie. Chciałem wrócić do piłki nożnej, jednak żaden klub nie był zainteresowany piętnastolatkiem, który „przespał” okres na kształtowanie sprawności w tym sporcie. Postanowiłem poszukać innego klubu sportowego. Całkiem przypadkiem trafiłem na stronę klubu kolarstwa szosowego Stomil Poznań, gdzie ogłoszony był nabór chłopców w wieku 12-13 lat do sekcji. Nie spełniałem więc kryterium wiekowego, mimo tego postanowiłem spróbować. Nie zostałem dobrze przyjęty, wyczuwając niechęć ze strony trenera. Być może ze względu na moją kiepską budowę ciała, gdzie przy wzroście 175 cm ważyłem 54 kg.

Przeczytaj także

Na pierwszym testowym treningu już na samym początku wszyscy mi odjechali, więc wyścig toczyłem w samotności. Taki scenariusz powtarzał się przez kolejne 2-3 miesiące. Pamiętam, że długo zastanawiałem się stojąc przed bramą klubu przed drugim treningiem, czy na pewno chcę trenować. Tak, jak zawsze byłem słaby psychicznie i odpuszczałem, gdy tylko nadarzyła się okazja, wtedy o dziwo postanowiłem wejść w ten świat. Przez pierwsze miesiące treningów jeździłem w tym co dostałem od trenera. A zanim zasłużyłem na jakikolwiek podarunek, trenowałem w stroju od w-f oraz podstawowym kasku bez regulacji, który cały czas przemieszczał się po całej głowie. Rower, na którym jeździłem to zwykły MTB z marketu. Nie potrzebowałem żadnych zegarków czy liczników, liczyła się czysta rywalizacja. Cały czas słuchałem zaleceń trenera. Ten, po kilku miesiącach widząc, że nie odpuszczam, dał mi 2 klubowe koszulki, czarne spodenki kolarskie, używane buty marki Shimano oraz rower szosowy z lat 80′ z przerzutkami w ramie. Byłem bardzo szczęśliwy, że zostałem zaakceptowany i wyglądam choć trochę jak zawodnik.

Archiwum Prywatne | W ucieczce podczas kryterium kolarskiego w Turku z czasów juniora młodszego, 2009 rok

Treningi były bardzo ciężkie, tym bardziej że nie chciałem pokazać swoich słabości i walczyłem, żeby utrzymać się w najsilniejszej grupie. Uczucie palenia mięśni w udach towarzyszyło mi bardzo często, szczególnie podczas tempówek. Pewnego razu, podczas treningu jazdy drużynowej na czas było już tak źle, że myślałem o tym, w jaki sposób najbezpieczniej przewrócić się, żeby nie uszkodzić kolegów i nie wpaść pod auto trenera, który zawsze za nami jechał. Chciałem skończyć to cierpienie. Na szczęście jakaś siła nie pozwoliła mi się poddać. Myślę, że właśnie tego typu doświadczenia kształtują siłę naszego charakteru. Na pewno dużą zasługę miał w tym wszystkim mój trener Kazimierz Marchewka, którego bardzo szanowałem i był dla mnie wielkim wzorem.

Po 6 miesiącach przyszedł czas na pierwszy wyścig – kryterium kolarskie w Poznaniu, czyli szybki i krótki wyścig na rundach o długości ok. 3-4km. Podczas okrążeni zbierało się punkty i wygrywał ten, który miał ich największą ilość. Zawody zakończyłem około 25 miejsca na 30 zawodników, ale byłem bardzo zadowolony z siebie, że dałem radę i czułem się częścią drużyny. Po sezonie, w tygodniu treningi mieliśmy na trenażerach w klubie, na siłowni lub biegaliśmy. Weekendy to jazda na rowerach MTB w terenie, co było moją udręką. Z racji wątłej budowy ciała nie miałem wystarczająco dużo siły do jazdy w terenie, przez co powtarzała się sytuacja z mojego pierwszego treningu – bardzo szybko widziałem wyłącznie plecy kolegów, by po chwili całkowicie zniknęli mi z pola widzenia. Ponownie czułem się najsłabszy, mimo że trenowałem już rok i nie byłem najmłodszy. Pamiętam, że bardzo mnie to stresowało i co weekend modliłem się, żeby była zła pogoda i trener zmienił trening w terenie na trenażer. Jednak on nie uznawał żadnych słabości i wiele razy jechaliśmy w deszczu lub przy ujemnych temperaturach, a jako że nie miałem odpowiedniego wyposażenia zimowego, jeździłem w  zwykłych rękawiczkach. Wiele razy wracałem z odmrożonymi palcami u rąk i nóg, a w trakcie treningu moje dłonie były tak skostniałe, że ogromny wysiłek sprawiało zwykłe hamowanie. Trenowałem dużo i ciężko, pojedyncze treningi trwały czasami nawet 4 godziny. Jak na nastolatka z niedowagą to całkiem sporo, więc często bardzo mocno eksploatowałem organizm.

Kiedy robiłem w przychodni sportowej badania mające wykazać zdolność do uprawiania kolarstwa, przed wejściem na wagę wypiłem ponad 1 litr wody i wsadziłem do kieszeni klucze, telefon i portfel, żeby zwiększyć swoją wagę. O dziwo zadziałało i nic poza niewielką wagą nie budziło wątpliwości lekarza. Mijały kolejne lata, kolejne wyścigi, kolejne zgrupowania, z roku na rok byłem coraz lepszy. W głowie pojawiło się kolejne marzenie – wystąpienie z orzełkiem na piersi. Ciężkie do zrealizowania zważając na to, że nie byłem najlepszy. Wyścigi z serii Pucharu Polski czy innych ogólnopolskich kończyłem przeważnie w środku stawki. Mimo to zaczęło mi coraz bardziej zależeć na kolarstwie i chciałem ścigać się zawodowo. Myślałem nad zmianą klubu na lepszy, jednak jak na osiemnastolatka nie miałem odpowiednich znajomości, a może zabrakło po prostu odwagi…

W 2011 roku, trener widząc moje zaangażowanie, wyrobił mi licencję U23, która uprawniała mnie do ścigania się z seniorami. Byłem jedynym młodzieżowcem w klubie, ponieważ ci słabsi zakończyli karierę, a ci lepsi przeszli do lepszych klubów. Trenowałem więc indywidualnie, w najcięższych cyklach miałem do przejechania 1000 km/tydzień z konkretnymi zadaniami i akcentami w trakcie. Będąc uczniem Zespołu Szkół Mistrzostwa Sportowego w Poznaniu, miałem na szczęście na to czas.

Archiwum Prywatne | Sposób na urozmaicenie długich i jednostajnych treningów wytrzymałościowych oraz rywalizacja pomiędzy kolegami z klubu, który zrobi lepszą sztuczkę w czasie jazdy, 2011 rok

Zbliżały się Mistrzostwa Polski, gdzie po dobrym występie miałbym szansę przejść do lepszego klubu. Pech chciał, że tydzień przed zawodami, podczas ogólnopolskiego wyścigu uległem poważnemu wypadkowi. Przy prędkości ok. 45km/h na szybkim zakręcie straciłem kontrolę nad rowerem i uderzyłem w drzewo. Z wypadku pamiętam tylko, że siedziałem na trawie widząc odsłonięte kości piszczelowe w dwóch miejscach na nogach. Ze szpitala wyszedłem tego samego dnia, bowiem na szczęście nic poważnego mi się nie stało poza ranami na nogach i rękach. Zdecydowanie bardziej ucierpiał rower, z którego niewiele zostało. Rama złamana, widelec z kołem wyrwany, kierownica i manetki pogięte. Nie miałem pieniędzy na nowy, klub też nie był w stanie mi go zapewnić. Do treningów wróciłem po 3 miesiącach korzystając z pożyczonego roweru.

We krwi miałem tylko rywalizację. Jeżdżenie dla zabawy nie miało dla mnie sensu.

Niestety, w styczniu 2012 roku coś we mnie pękło. Trener stwierdził, że klub nie wyrobi mi na przyszły rok zawodniczej licencji, bo nie ma pieniędzy i że tak po prostu czasem bywa. Rodzice i przyjaciele tylko to potwierdzili, że czasem trzeba pogodzić się z losem i wypadałoby zająć się normalnym życiem, a rower traktować jako hobby. Strasznie mnie to irytowało. Nie chciałem być amatorem, więc kilka dni później odszedłem z klubu. Nie po to tyle poświęciłem przez ostatnie kilka lat, żeby teraz ścigać się tylko dla przyjemności i zabicia czasu. We krwi miałem tylko rywalizację. Jeżdżenie dla zabawy nie miało dla mnie sensu. Niestety, w kolejce nie ustawiały się inne kluby, chętne przyjąć mnie w swoje szeregi…

Po skończeniu szkoły zacząłem szukać pracy oraz zapisałem się na studia zaoczne. Jednak po roku „zwykłego” szarego życia, którego nienawidziłem, leżąc w łóżku i rozmyślając, że miałem przecież zrobić w życiu coś wielkiego, postanowiłem spróbować raz jeszcze na własną rękę. Wróciłem do treningów i poprzedniego trenera, żeby pomógł mi się przygotować do sezonu 2013 i startu w kilku górskich wyścigach. W międzyczasie startowałem w amatorskich zawodach w kraju, czy też prestiżowym wyścigu na górę Śnieżka, jednak cały czas te cele były dla mnie za małe. Postanowiłem, że w 2014 roku wystartuję w Mistrzostwach Europy w maratonie MTB w Irlandii. Moim motto stało się powiedzenie „Impossible is Nothing”- bardzo w nie wierzyłem i chciałem pokazać, że jest prawdziwe. Stworzyłem projekt na witrynie „Polak Potrafi”, żeby zebrać fundusze na ten wyjazd. Projekt niestety nie zebrał odpowiednich środków mimo aprobaty mediów, które udało się zaangażować. Byłem więc zmuszony odłożyć na później swoje marzenia.

Emocje sięgają zenitu, serce wali jak oszalałe, puls coraz wyższy, zalany jestem zimnym potem. I nagle dźwięk syreny startowej, której chyba nie zapomnę do końca życia…  Zaczęło się…

Spróbowałem swoich sił w triathlonie. Dostałem niezłą lekcję na pływaniu (wcześniej dystans 200 metrów pokonywałem w około 4 minuty i był to najdłuższy dystans, jaki mogłem przepłynąć bez przerwy) a na zawodach miałem do przepłynięcia 600m. Niewyobrażalny dystans. Zupełnie inaczej było na rowerze. Dogoniłem prawie  całą czołówkę i wykręciłem najlepszy czas. Bieganie nie było niestety moją domeną. Klasyczna wersja triathlonu nie stała się więc moją pasją. Postanowiłem spróbować swoich sił w cross triathlonie, czyli terenowej wersji, gdzie rower i bieg odbywają się w górzystym terenie, ponieważ tam najbardziej liczą się umiejętności kolarskie oraz technika. Zobaczyłem w tym swoją szansę. Zacząłem coraz więcej pływać i startować, trenowałem samemu po pracy, układając sobie wcześniej plany treningowe. Stawałem się coraz lepszy, chciałem zostać zauważony przez Polski Związek i wystartować za granicą. Czułem, że albo zrobię to teraz, albo nigdy.

W końcu, w sierpniu wywalczyłem medal Mistrzostw Polski U23 w cross triathlonie. Dzięki uporowi i ciężkiej pracy oraz pomocy Polskiego Związku, zostałem zgłoszony do Mistrzostw Świata ITU w cross triathlonie w niemieckim Zittau.

Archiwum Prywatne | Rozłożony na łóżku pakiet startowy w hotelu, wieczorem przed Mistrzostwami Świata elity, 2014 rok

Sam wyjazd, start i atmosferę Mistrzostw Świata Elity pamiętam jak najlepszy film, który kiedykolwiek widziałem. Odprawa techniczna, konferencje prasowe, telewizja, wielkie miasteczko zawodów, wokół najlepsi triathloniści na świecie, „pasta party” i koncerty na scenie. Wszystko zorganizowane perfekcyjnie i na wielką skalę. Trasa cała zamknięta, a na plaży ustawiony już podest startowy z wyznaczonym dla każdego zawodnika miejscem. Byłem bardzo podekscytowany, a jednocześnie zestresowany tym wszystkim. Całą noc i ranek lało, godzina startu zbliżała się nieuchronnie, a wraz z nią wzmagało się moje zdenerwowanie.

Archiwum Prywatne | W oczekiwaniu na start w Pucharze Europy ITU nad jeziorem Bohinj w Alpach Julijskich (Słowenia), 2015 rok

Po rozgrzewce, w specjalnej strefie dla zawodników elity, każdego z nas przedstawiono przed publicznością i wezwano na swoje miejsce startowe. Właśnie spełniło się moje marzenie. Byłem bardzo dumny, że to właśnie ja występuję w stroju z orzełkiem na piersi. Stanąłem na starcie najważniejszej imprezy w sezonie… Uczucie wprost niewiarygodne… Wszedłem na podest startowy. Zero gestów, zero rozmów, każdy z nas jest sam, zamyka się w swoim świecie motywacji. Słychać tylko głośną muzykę z głośników na scenie, która miała wykrzesać z nas jeszcze więcej mocy. W głowie miliony myśli, które tak szybko jak się pojawiają, tak szybko znikają. Czułem się taki strasznie mały, bezbronny i słaby, a wzrok setki kibiców, przechodniów, fotoreporterów i całej reszty jeszcze to potęgował. Najchętniej zapadłbym się pod ziemię albo po prostu uciekł. Ale dlaczego ? Przecież właśnie spełniam swoje marzenie. Stałem więc dzielnie, z podniesioną głową i pełną piersią, bo miałem zadanie do wykonania i tak wiele osób na mnie liczyło. Nagle muzyka przestaje grać, zapada totalna cisza, jedyne co słychać to walenie kilkudziesięciu sportowych serc, które w ciągu kilku sekund rzucą się do walki o to najcenniejsze trofeum dla sportowca. Wtedy padają te ostatnie słowa przed startem: „On your marks”… Emocje sięgają zenitu, serce wali jak oszalałe, puls coraz wyższy, zalany jestem zimnym potem. I nagle dźwięk syreny startowej, której chyba nie zapomnę do końca życia…  Zaczęło się…

Archiwum Prywatne | Dzień przed startem w Pucharze Europy na Słowenii, przerwa podczas objazdu trasy zawodów i wizualizacja jutrzejszego startu w głowie

Niestety nie był to zbyt udany start dla mnie, ponieważ trasa kolarska i biegowa zamieniła się w bagno przez deszcz, który lał dzień wcześniej i cały ranek. Zaliczyłem na rowerze 3 kraksy, tracąc hamulec podczas jednej z nich i łamiąc kask na drugiej. Wiedziałem, że nie mam szans na dobry wynik i strata będzie spora, ale zależało mi za wszelką cenę, żeby ukończyć wyścig. Dotarłem do mety jako 57 na 63 zawodników, którzy wystartowali. Tak zaczęła się moja przygoda z cross triathlonem. Mimo tego niepowodzenia, chciałem spróbować wejść w ten świat, tym bardziej że w elicie mężczyzn nie było dotąd Polaków.

W kolejnych latach mam zamiar cały czas zbliżać się do czołówki światowej zgodnie z powiedzeniem „trenuj tak długo i ciężko, aż twoi idole nie staną się twoimi rywalami”.

W kolejnym roku zaliczyłem starty z serii Pucharu Europy na Słowenii oraz Xterra Triathlon, wciągnąłem się w cross triathlon całym sobą. Dołączyłem do klubu Posnania Triathlon oraz znalazłem kilku sponsorów, dzięki którym w 2016 roku mogłem poświęcić cały czas na treningi i starty. Zaowocowało to kilkoma dobrymi wynikami w Polsce i za granicą oraz startem na Mistrzostwach Europy w Niemczech, a także rok później w Danii. Niestety zeszłej jesieni podczas jednego ze startów zwichnąłem staw barkowy co wyłączyło mnie z pływania na kilka miesięcy. Mimo tego nie poddałem się i w sierpniu 2018 roku pobiłem swój rekord życiowy na 1500m zdobywając 9 miejsce podczas Pucharu Europy Xterra w Rumunii. W kolejnych latach mam zamiar cały czas zbliżać się do czołówki światowej zgodnie z powiedzeniem „trenuj tak długo i ciężko, aż twoi idole nie staną się twoimi rywalami”.

Myślę, że moja historia pokazuje, że nigdy nie wolno się poddawać i zawsze warto dążyć do realizacji swoich marzeń. W wielu przypadkach będzie to piekielnie ciężka droga, ale w końcu „niemożliwe nie istnieje”.

Znaczek
Krzysztof Kokot 24.01.2019
Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce.