Nie bój się zmiany na lepsze

Joanna Fiodorow | 23.11.2018

W życiu każdego człowieka potrzebne są zmiany. To one czynią nas lepszymi sportowcami, ale przede wszystkim lepszymi ludźmi. Moja historia dotyczy zmiany, która na nowo pozwoliła mi cieszyć się sportem, a także życiem, na które to co robię na co dzień ma ogromny wpływ. Zmiana trenera w 2016 roku była najlepszą decyzją podjętą w ostatnich latach…

Pochodzę z Augustowa, pięknej i malowniczej miejscowości na Podlasiu. To tutaj stawiałam swoje pierwsze kroki, a sport towarzyszył mi już od najmłodszych lat. Mało kto wie, że zaczynałam od gry w… baseball! Wyobrażacie sobie małą Fiedzię, której pewnego dnia do głowy przychodzi pomysł, aby zająć się właśnie tą dyscypliną? To wyobraźcie sobie więcej – to właśnie w baseballu zdobyłam swój pierwszy w życiu medal i to na Mistrzostwach Polski! Do dziś pamiętam dumę towarzyszącą mi po tym sukcesie.

Konflikt, bo tak z perspektywy czasu mogę to nazwać – rozpoczął się przed Mistrzostwami Europy w Zurychu w 2014 roku.

Z czasem postawiłam jednak na rzut młotem. Jak widzicie, moje zamiłowanie do raczej niepopularnych dyscyplin było wyjątkowo duże. Pierwszy trening rzutu młotem kojarzy mi się z ogromną ciekawością, ale i przerażeniem. Mój pierwszy trener, Robert Dźwigaj, swoim luźnym podejściem oraz brakiem wywierania presji zaszczepił we mnie bakcyla. Spodobało mi się na tyle, że postanowiłam pozostać już przy tej dyscyplinie.

Mój pierwszy sukces w rzucie młotem to złoty medal na Mistrzostwach Polski w Białej Podlaskiej. Nie wiedziałam kompletnie czego się spodziewać, choć jechałam tam w roli faworytki i nie zawiodłam. Świetna impreza, na której poznałam wielu fajnych ludzi. Oprócz medalu wywalczyłam też przepustkę do kadry narodowej.

Na arenie międzynarodowej musiałam zaczekać na pierwszy krążek do 2011 roku. Wtedy to, podczas Mistrzostw Europy do lat 23 w czeskiej Ostrawie zajęłam 2 miejsce i zdobyłam srebrny medal. Wspaniałe uczucie, stanąć na podium w zawodach tej rangi, a dodatkowo poprawić rekord życiowy w finałowym konkursie. Po raz pierwszy rzuciłam na odległość ponad 70 metrów. To było to!

Marek Biczyk / newspix.pl | Radość z pierwszego medalu na zawodach międzynarodowych – Ostrawa 2011

Kiedy w 2012 roku podjęłam decyzję o przeniesieniu się do ośrodka treningowego w Poznaniu, moim głównym celem było wskoczenie na jeszcze wyższy poziom. Współpracę z trenerem Cybulskim podjęłam w listopadzie 2011 roku, choć już przed Mistrzostwami Świata w Daegu oraz Uniwersjadą w Shenzen, miałam okazję trenować z nim podczas zgrupowań. Wszystko układało się między nami dobrze, nawet pomimo kilku mocniejszych rozmów. Wysłuchiwałam wówczas dużo o moim złym podejściu do treningu oraz rzekomej arogancji. Wiedziałam jednak, że muszę zacisnąć zęby i dalej ciężko pracować.

Konflikt, bo tak z perspektywy czasu mogę to nazwać – rozpoczął się przed Mistrzostwami Europy w Zurychu w 2014 roku. Po Mistrzostwach Polski doszło do spotkania z trenerem i rozmowy, w której padło wiele przykrych słów. Dowiedziałam się wtedy, że nie wystąpię na tych mistrzostwach. Głównym powodem miało być to, iż w oczach trenera nie wykonuję jego poleceń i trenuję według własnej koncepcji. Kompletnie niezrozumiała decyzja! I to nie tylko dla mnie, ale i dla całego środowiska. Byłam przecież w bardzo dobrej dyspozycji, na Memoriale im. Kamili Skolimowskiej rzuciłam ponad 72 metry. To, jak widać – nie wystarczało.

Marek Biczyk / newspix.pl | Mina, która obrazuje relacje z trenerem Cybulskim od 2016 roku

Na całe szczęście, ówczesny prezes PZLA, Jerzy Skucha, w ostatniej chwili przekonał mojego trenera, aby ten włączył mnie do kadry. Pamiętacie co się wtedy stało? Zdobyłam brązowy medal! Rzut na odległość 73,67 metra w ostatniej próbie pozwolił mi znaleźć się na najniższym stopniu podium i odnieść największy sukces w dotychczasowej karierze! A brakowało tak niewiele i to wszystko przeszło by mi koło nosa. Nie wiem jak wtedy potoczyłaby się moja kariera. Nie ma sensu się nad tym zastanawiać. Najważniejsze, że zdobyłam ten medal i udowodniłam zwłaszcza trenerowi Cybulskiemu, jak bardzo się mylił. Ku mojemu zdziwieniu po konkursie, oprócz gratulacji, zostałam także przez niego przytulona. Nie jest to jednak piękna historia z happy endem…

Mimo mojego sukcesu na mistrzostwach w Szwajcarii, myśl o zmianie trenera kłębiła się w mojej głowie cały czas, a wręcz się nasiliła. Wiele osób z mojego najbliższego otoczenia studziło te pomysły. Twierdzili, że tylko dzięki niemu mogę stanąć na podium podczas igrzysk olimpijskich w Rio w 2016 roku. Posłuchałam i pozostałam w Poznaniu przy trenerze Cybulskim na kolejne dwa lata. Nie była to dobra decyzja. Przygotowywałam się do najważniejszych zawodów w życiu sportowca w nieprzyjemnej atmosferze – na treningach dawałam z siebie wszystko, a i tak słyszałam, że za mało.

Nieudane igrzyska olimpijskie w moim wykonaniu były kolejnym powodem do mieszania mnie z błotem.
– „Pokazałaś dno”
– „Nic nie osiągniesz”
– „Zawsze masz jakieś wymówki”
To kolejne ciosy, które przyjmowałam ze strony trenera.

Do tamtej pory nigdy nie wyrażałam się źle na jego temat, jednak po Rio czara goryczy przelała się! Przestałam go traktować jak trenera. Stał się dla mnie obcą osobą, mimo iż wcześniej wielokrotnie stawałam za nim murem, czy pomagałam w codziennych sytuacjach. Wiedziałam, że to najwyższy czas na radykalną zmianę. Musiałam to zrobić by odbudować się sportowo oraz psychicznie. Kuriozum całej sytuacji polegało na tym, iż przypadkiem dowiedziałam się, że nasz psycholog w jednej z rozmów z innym zawodnikiem powiedział, że trener Cybulski już mnie nie trenuje. Jak to? Postanowiłam osobiście to zweryfikować. Skontaktowałam się z psychologiem, który potwierdził, że takie słowa usłyszał po igrzyskach w Rio bezpośrednio od trenera Cybulskiego. Teraz jeszcze łatwiej było mi zamknąć ten rozdział. Na zawsze.

Przeczytaj także

Praca z trenerem Cybulskim naturalnie także wiele mnie nauczyła. Absolutnie nie jest tak, że uważam tę współpracę tylko za czas stracony. Przez te lata udało mi się bowiem wejść na wysoki poziom i dobić do ścisłej światowej czołówki. Formuła jednak się wyczerpała. Przestałam ufać mu jako trenerowi, ale przede wszystkim jako człowiekowi. W życiu tak już jest, że jeśli przestajesz komuś ufać, relacja nie przynosi odpowiednich rezultatów. Mawiam o takim zjawisku jak o liściach na wietrze – są, ale gdzieś się rozmywają, przestają być widoczne. W ubiegłym roku na rozdaniu stypendiów w Poznaniu nasze drogi ponownie się skrzyżowały. Poza wymianą spojrzeń nie było żadnej innej reakcji. Udowodniłam mu, że nie miał co do mnie racji i chyba to go najbardziej boli. Pokazałam, że bez niego jestem w stanie osiągać świetne wyniki.

W Poznaniu czułam się dobrze, chciałam tam zostać i dalej trenować. Okazało się jednak, że trener Grzegorz Nowak, z którym po cichu liczyłam na współpracę – pozostaje na kontrakcie w Chinach, więc opcja ta definitywnie przepadła. Zaczęło się myślenie. Co robić dalej? Z kim trenować? Do głowy przyszła mi błyskawicznie Malwina Wojtulewicz. Stwierdziłam, że jeśli mam trenować poza Poznaniem, to chcę to robić w okolicach rodzinnego domu. Białystok od Augustowa dzieli zaledwie 90 kilometrów. Zanim wykonałam telefon do Malwiny, dwa dni myślałam. Czy to ma sens? Czy będzie szło w dobrym kierunku? Jesteśmy przecież przyjaciółkami, wypiłyśmy razem niejednego drinka i przeżyłyśmy wspólnie niejedną imprezę. Obawiałam się tego, czy będzie dla mnie autorytetem, jakiego w tamtym momencie bardzo potrzebowałam. Wiedziałam jednak też, że potrzebuję osoby, z którą będę mogła porozmawiać, zwierzyć się z problemów czy podzielić uwagami na temat treningu.

Tak jak ja potrzebowałam dwóch dni na zebranie się i wykonanie telefonu, tak i Malwina potrzebowała tyle samo czasu na odpowiedź. Po pierwsze, sama musiała się nad tym zastanowić. Po drugie, konieczna była opinia Wojtka Nowickiego. Do niego należała decyzja, czy będzie chciał ze mną trenować. Jako brązowy medalista igrzysk olimpijskich w Rio, miał pełne prawo mieć ostateczne zdanie. Na szczęście się zgodził. Powiedział, że jeśli nie będę zachowywać się jak pani na włościach i nie będę wtrącać się w jego trening, to nie widzi przeciwwskazań. W taki oto sposób, Bunia – bo tak nazywam Malwinę, została moją trenerką.

Archiwum Prywatne | Friends will be friends… z najlepszą trenerką!

Ta kobieta kiedyś mnie wykończy! Chodzi nakręcona jak katarynka, a buzia jej się po prostu nie zamyka. Lubi być w centrum uwagi i lubi jak wokół niej ciągle coś się dzieje. Jest bardzo ekspresyjną osobą. Ja także sporadycznie lubię coś „odpaździerzyć”, ale jak już jestem w ciężkim treningu to potrzebuję także wypocząć w ciszy i spokoju. Często dzielimy pokój na obozach i kiedy zaczyna od 6 nad ranem kłapać dziobem albo oglądać swoje seriale – otwieram oko i pytam ją, czy jest normalna. Dochodzi więc czasem do małych konfliktów, ale to normalne, jeśli spędzasz z kimś 300 dni w roku. Są to przekomarzania, drobne uszczypliwości i nawet nie ma sensu ich porównywać do dyskusji z poprzednim trenerem.

Raz zdarzyło się, że nie musiałam nawet iść do pokoju – zasnęłam już w gabinecie, na fotelu

Z Wojtkiem trenujemy równocześnie. Lubię to, ponieważ dopełniamy się we troje: Malwina, Wojtek i ja. Każde z nas widzi co innego, każde może coś podpowiedzieć. Naturalnie miewamy także treningi indywidualne – potrzebujemy czasem wyciszenia na rzutni. Bywają takie momenty, że nie wychodzi zarówno jemu jak i mi, zaczyna się wówczas frustracja i „wrzucamy” sobie wzajemnie. Dodatkowo, nasze finałowe starty odbywają się w inne dni, dlatego w ostatnich 2 tygodniach przed zawodami mamy treningi indywidualne. Poza tym, praktycznie cały rok spędzamy i trenujemy razem: trening siłowy, sprawnościowy, rzucanie. Uwielbiam Wojtka, daje mi niesamowitą motywację i wsparcie. Nakręcamy się wzajemnie do lepszych wyników. Jednym z naszych stałych punktów rywalizacji jest pojedynek o… Kinder Bueno! Średnia treningowa Wojtka jest ok. 5 metrów lepsza niż moja, więc to jest ten mój handicap. Bywały pojedynki, które na swoją korzyść rozstrzygałam różnicą 1-2 cm. Uwielbiam wówczas jego złość i warczenie pod nosem, które w głębi ogromnie mnie bawią.

Bardzo istotnym punktem obecnych przygotowań do zawodów jest współpraca z psychologiem, Janem Blecharzem. Większość pewnie kojarzy go ze współpracy z Adamem Małyszem, gdy ten w znakomitym stylu dominował na skoczniach narciarskich i zdobywał wszystkie możliwe trofea. Pan Jan to niesamowity człowiek, który ma pełną świadomość tego co robi z zawodnikiem. Przed Mistrzostwami Europy nastawił mnie rewelacyjnie. Byłam chyba aż za spokojna – jak nie ja! Nawet moja trenerka powiedziała, że wyglądałam jak nie Fiedzia, którą jestem na co dzień. Nie było tego pazura, agresji, a na samym stadionie za późno zaczęłam się mobilizować. Zawsze od pierwszego rzutu szłam na pełnej mocy, a w Berlinie moja głowa była totalnie wyciszona. Rozmowy z profesorem odbywają się zarówno telefonicznie, jak i osobiście. Widujemy się zwłaszcza przed mistrzowskimi imprezami. Czasem, podczas zaledwie 10 minutowej sesji, wychodziłam z gabinetu jak po kilkugodzinnym relaksie w SPA. Głos profesora, rozmowa z nim, powodują u mnie tak ogromne wyluzowanie, że po wejściu do pokoju potrafię zasnąć w ciągu dwóch minut. Raz zdarzyło się, że nie musiałam nawet iść do pokoju – zasnęłam już w gabinecie, na fotelu, co do dziś wspominam ze śmiechem. Profesor obudził mnie 45 minut później z poczuciem zadowolenia – stwierdził, że sesja zakończyła się powodzeniem.

Marek Biczyk / newspix.pl | Tak się cieszy brązowa medalistka Europy – Berlin 2018

Wracając do mojego brązowego medalu z tegorocznych Mistrzostw Europy w Berlinie, to mój spokój nie był wyłącznie wynikiem pracy z psychologiem. Ja po prostu byłam pewna swego. Jechałam tam po srebro, co wielokrotnie później mówiłam. Byłam przygotowana na wynik w granicach 76 metrów. Nie wszystko zagrało – najprawdopodobniej było właśnie za dużo spokoju, a za mało „Fiedziowania”. Rzuciłam 74 metry. Zaledwie – wiedząc, na co było mnie stać, ale także aż – bo w końcu zdobyłam drugi raz w historii brązowy medal Mistrzostw Europy. Łzy szczęścia, jakie płynęły po mojej twarzy były oznaką nie tylko radości, ale pokonania wszystkich przeciwności jakie w ostatnich latach stawały na mojej drodze. Porównując oba medale, ten z 2014 roku i tegoroczny – to dla mnie osobiście krążek z Berlina smakował lepiej. Pokazał mi, że po zmianach idę w dobrym kierunku, że to co robię ma sens i pozwala mieć nadzieję, że medal na igrzyskach olimpijskich jest w moim zasięgu.

Archiwum Prywatne | Po medalu czas na zdobywanie szczytów – w drodze na Nosal w Zakopanem

Ogromnie cieszę się z decyzji o zmianie trenera. Oprócz tego, że odzyskałam chęć do trenowania, pasję i zadowalające mnie wyniki, odzyskałam coś jeszcze cenniejszego. Spokój. Spokój, którego bardzo mi brakowało. Nawet moja mama zauważyła to, mówiąc mi niedawno:
– „Moja córka wraca.”
Musi coś w tym być, ponieważ przez ostatnie dwa lata współpracy z byłym trenerem, byłam mocno obciążona psychicznie. Wszystko, co działo się wokół mnie bardzo mnie irytowało, a byle błahostka była iskrą zapalną. Teraz zaczynam na nowo cieszyć się wszystkim i otaczać się ludźmi, którzy wprawiają mnie w pozytywny nastrój. Ten trudny okres przepracowałam sama ze sobą i udało mi się go zamknąć. Wy też nie bójcie się zmiany na lepsze!

 

Z podziękowaniem dla mojego sponsora:

 

Znaczek
Joanna Fiodorow 23.11.2018
Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce.