Nic w życiu samo nie przyjdzie

Bartłomiej Mróz | 08.02.2019 Grupa Azoty

Każdy sukces cieszy, ale nic nie cieszy mnie bardziej, niż złoty medal na Mistrzostwach Europy w grze singlowej z 2018 roku. Zdobycie go zajęło mi 6 lat. Pokonałem mojego przyjaciela, partnera deblowego i największego rywala europejskiego – Ilkera Tuzcu… Był to mój czwarty finał ME przeciwko niemu. I w końcu udało się! Wiem, że nic w życiu samo nie przyjdzie. Jeżeli czegoś chcemy, musimy na to zapracować.

Urodziłem się w Kędzierzynie – Koźlu i od urodzenia jestem niepełnosprawny. Wydaje się, że brak ręki, to tylko brak ręki. Tak naprawdę, to jednak łańcuch wielu zdarzeń i konsekwencji.

Jako dzieciak, niewiele rozumiałem. Starałem się żyć jak rówieśnicy. Biegać po podwórku, bawić się ze wszystkimi, korzystać z dziecięcej fantazji. Wiele zawdzięczam rodzicom, którzy nie trzymali mnie pod kloszem. Nie było przysłowiowego „chuchania i dmuchania” na mnie. Uczyłem się jak wszyscy, w szkole publicznej, i jak wszyscy otrzymywałem kary od swoich rodziców, gdy coś nabroiłem.

Bardzo szybko jednak zrozumiałem, że jestem inny i różnię się od swoich kolegów. Dzieciaki bywały okrutne, ponieważ jak to dzieci – niewiele rozumiały i swoje myśli wyrażały wprost. Komentarze były dosadne i nie były niczym miłym, zwłaszcza że w tym wieku wszystko brałem bardzo do siebie. Wiele sytuacji było dla mnie stresujących i przykrych zarazem. Pamiętam, jak w szkole podstawowej jeden ze starszych uczniów popchnął mnie na schodach. Upadłem i doznałem urazu prawej ręki, czyli tej, która się nie rozwinęła. Nie chciałem o tym donosić, siedziałem pod ławką i ryczałem z bólu. Dopiero jeden z kolegów z klasy poinformował nauczyciela, że coś się stało.

Przeczytaj także

W tamtym czasie, a nie był to mój najprzyjemniejszy okres, wiele zatrzymywałem w sobie i nie biegałem z każdym problemem do rodziców na skargę, nie wypłakiwałem im się po każdej trudnej sytuacji. Wtedy, nie miałem do siebie dystansu, a najważniejsza była samoakceptacja. Musiałem pogodzić się z tym, że spotkał mnie taki, a nie inny los. Nie miałem w tej kwestii wyboru.

Badminton Europe | Tak się cieszy Mistrz Europy!!!

Było jednak coś, w czym zawsze czułem się pełnosprawny. Sport. Od kiedy pamiętam, biegałem, grałem w piłkę nożną, a nawet w siatkówkę – co przy braku jednej ręki wydaje się przecież abstrakcją. W dużej mierze zawdzięczam to Pani Izabeli Iwanejko, mojej wychowawczyni z podstawówki i gimnazjum, a jednocześnie nauczycielce WF, na którym ćwiczyłem z innymi uczniami. To ona zawsze mnie namawiała, bym spróbował grać w siatkówkę czy np. ćwiczyć przewroty – co z jedną ręką wydawało mi się niewykonalne. Wiadomo, czasami ręka byłaby przydatna, ale zawsze znajdowałem własną alternatywę. Od zawsze rywalizowałem z pełnosprawnymi i bardzo dobrze mi szło. Reprezentowałem szkołę na zawodach sportowych w wielu dyscyplinach. Marzyłem, by być piłkarzem. Uwielbiałem grać w nogę, było to dość popularne. Dzięki temu, że nie ograniczałem się do jednej dyscypliny oraz dzięki mojej miłości do sportu byłem bardzo sprawny. Szczególnie jak na osobę… niepełnosprawną.

Jak się później okazało była to dobra podstawa do badmintona. Przygoda z piłką szybko się skończyła, a badminton to obecnie całe moje życie.

Gdyby nie przypadek, możliwe że badmintona w ogóle by nie było. Pewnego dnia pojechałem na halę, gdzie odbywał się trening, na którym trener Zioło pozwolił mi poodbijać lotkę na korytarzu. To był mój pierwszy trening. Odbijałem przez dwie godziny. Spodobało mi się tak bardzo, że chciałem przyjść kolejny raz by móc ponownie poodbijać.

Archiwum Prywatne | Aktywność na świeżym powietrzu to odskocznia od godzin spędzonych na hali

Badminton jest sportem bardzo szybkim, cały czas coś się dzieje. To na początku mnie w nim zauroczyło i w grudniu 2005 roku zacząłem poważnie trenować w klubie MMKS Kędzierzyn- Koźle pod okiem trenera Tomasza Zioło. Już po trzech latach byłem najlepszy w klubie. Trener od samego początku trenował mnie jak pełnosprawnego sportowca. Jednak przez brak kończyny, moje dwie strony ciała nie są identyczne. Jest duża dysproporcja mięśniowa między lewą i prawą stroną. Dlatego poza normalnym treningiem, muszę dużo pracować nad mięśniami prawej ręki, by te dysproporcje zmniejszać.

Przez pierwsze lata byłem rzucony na głęboką wodę. Na finansowe wsparcie w parabadmintonie w Polsce nie można było liczyć. Zdecydowanie łatwiej jest, gdy nie jest się jedynym zawodnikiem, tylko ma się drużynę. W tamtym okresie wiele jednak się nauczyłem, miałem wiele obowiązków związanych z moją karierą. Chodziłem od drzwi do drzwi firm, pytając o możliwości współpracy. Nie było to łatwe, badminton to nie piłka nożna. Nie otrzymywałem żadnej odpowiedzi zwrotnej od 90% firm, do których się zgłosiłem. Były to ciężkie czasy. Nie miałem sponsorów i razem z trenerem Zioło sami musieliśmy o nich zabiegać. Było to męczące, ale konieczne, jeśli chciałem coś osiągnąć. Mała część zawsze była finansowana z pieniędzy Ministerstwa Sportu i Turystyki miasta Kędzierzyn- Koźle. Dzięki tym doświadczeniom teraz jest mi o wiele łatwiej być własnym managerem. Wiem, gdzie kierować się z konkretną sprawą. Dzisiaj nie wyobrażam sobie po prostu samego grania. Tego, by ktoś inny kierował moją karierą od strony managerskiej.

Tak jest po dziś dzień. Większość rzeczy organizacyjnych wykonuję sam. Mój obecny klub, UKS Kłodnica w Kędzierzynie – Koźlu, z którym związałem się 1 stycznia 2018, pomaga mi w pozyskiwaniu dotacji z miasta. Natomiast o finansach, relacjach ze sponsorami i planach, decyduję sam.

Trzeba przyznać, że na przestrzeni lat wraz z osiągnięciami było mi łatwiej znaleźć sponsorów. Od wielu sezonów sponsorują mnie Grupa Azoty S.A., Atlas, a także marki Li-Ning, Born, High Life oraz Blackroll. Firmy te wspierają mnie finansowo oraz sprzętowo, za co jestem ogromnie wdzięczny. Ministerstwo Sportu i Turystyki również zwiększyło fundusze na parabadmintona, niestety zwiększyły się też wydatki. W roku kalendarzowym zdarza mi się brać udział nawet w 10 turniejach, a nie jak wcześniej, raptem w 2.

Wielokrotnie stawałem przed wyborem, czy lecieć na turniej samemu bez trenera i sztabu, na których po prostu nie było pieniędzy, czy z udziału w turnieju zrezygnować.

Obecnie nowym zawodnikom może być trochę łatwiej, bo temat parabadmintona w Polsce jest już znany. Jest wiele rzeczy, które się poprawiły od 2012 roku. Coraz częściej mówi się o parabadmintonie, tym bardziej po wielkich osiągnięciach choćby na Mistrzostwach Europy w 2018 roku, gdzie zdobyliśmy 9 medali, w tym 3 złote! Popularyzacja tej dyscypliny idzie naprzód coraz szybszym krokiem, co niezmiernie mnie cieszy.

Niestety, żaden inny zawodnik w Polsce nie może sobie pozwolić na taki tryb życia jak mój, czyli całkowite poświęcenie się treningowi. Trenuję 6 dni w tygodniu, a jego intensywność zależy od tego, w jakim momencie okresu przygotowawczego jestem. Dziennie na samą grę poświęcam 4,5 godziny, dodatkowa godzina to czas na rolowanie i stretching. Oprócz tego, co jakiś czas mam trening z psychologiem sportu. Do tego fizjoterapia i odnowa biologiczna. Dwa razy w tygodniu chodzę na siłownię, na której spędzam 2,5 godziny. Gdy jestem w okresie startowym, dzienny trening badmintona mam zmniejszony do 2,5 godziny.

Możliwość całkowitego oddania się tej dyscyplinie oprócz samej miłości do sportu, wiąże się, jak wiele innych dyscyplin – z finansami. Te, w badmintonie jak i parabadmintonie, nigdy nie były na odpowiednio wysokim poziomie. Wielokrotnie stawałem przed wyborem, czy lecieć na turniej samemu bez trenera i sztabu, na których po prostu nie było pieniędzy, czy z udziału w turnieju zrezygnować. Odpowiedź zawsze była oczywista i od kilku lat na 80% turniejów latam sam. Wtedy, nie jestem tylko zawodnikiem. Jestem dodatkowo trenerem – chodzę na meetingi trenerskie, managerem – planuję wszystko co jest związane z pobytem jak faktury i opłaty oraz fizjoterapeutą – co nie pozawala się skupić wyłącznie na graniu. No, ale cóż. Takie są realia i lepiej zakasać rękawy, niż użalać się na taki stan rzeczy. Dzięki takiemu podejściu nie mogę narzekać na brak atrakcji…

I tak, w 2017 roku wybrałem się na turniej Uganda Para-Badminton International 2017 do Kampali, stolicy Ugandy. Był to pierwszy turniej organizowany w Afryce. Nie cieszył się zbytnią popularnością wśród zawodników, a więc i poziom nie był zbyt wysoki. Oczywiście przybili tam również czołowi zawodnicy rankingów po łatwe punkty. Stawiłem się więc i ja. Wykonałem swoją pracę w stu procentach, zdobyłem 3 złote medale. Mimo, że turniej odbywał się pierwszy raz na tym kontynencie, to organizatorzy starali się, aby wszystko było na odpowiednim poziomie. Nie jestem osobą wymagającą, jednak warunki turnieju, zakwaterowanie czy transport odbiegały od norm, które są zazwyczaj zachowane na turniejach tej rangi. Pamiętam, że nie było praktycznie Internetu, hotel był prymitywny, hala znajdowała się w szkole, podłoga hali była z betonu, a w niedzielę przed finałami odprawiano tam Mszę Świętą. Mimo to, bardzo dobrze wspominam ten turniej. Spotkałem przemiłych ludzi, którzy byli bardzo życzliwi i pomocni. Mimo, że nie mają wiele, są szczęśliwi. Nauczyło mnie to doceniać małe, proste rzeczy i cieszyć się nimi w życiu. Nie każdy ma tyle co my, a potrafi być szczęśliwszy.

Archiwum Prywatne | Podróże to fantastyczny dodatek w mojej pasji do sportu

Innym ciekawym kierunkiem był turniej, na który wybrałem się w kwietniu 2018 roku. Był to pierwszy międzynarodowy turniej parabadmintona zorganizowany w Dubaju. Od początku wiedziałem, że 1st BWF Fazza Dubai Para-Badminton International 2018 będzie dobrym turniejem. Jest to przepiękne miejsce z dobrym położeniem dla zawodników z różnych stron świata. Wielu z nich dużo wcześniej już deklarowało, że weźmie w nim udział. Obsada była więc bardzo duża i mocna. W mojej kategorii zjawił się cały TOP 3 świata wraz ze mną, wówczas światową „dwójką”. Na swojej drodze do finału pokonałem m.in. aktualnego wicemistrza świata Suryo Nugroho, który w zeszłym roku na MŚ pokonał mnie w obu setach do 12 i sięgnąłem wówczas po brąz. Tym razem to ja okazałem się górą i pokonałem Suryo. W finale uległem zawodnikowi z Malezji Cheah Liek Hou – aktualnemu mistrzowi świata. Kolejny raz… Jeszcze nigdy nie udało mi się ugrać przeciwko niemu chociażby seta w grze singlowej. Na ceremonii medalowej musiałem zadowolić się srebrnym krążkiem.

Był to mój czwarty finał ME przeciwko Ilkerowi Tuzcu. I udało się! Tym razem, we francuskim Rodez, w końcu tego dokonałem! Po sześciu latach marzeń o złocie w końcu je zdobyłem!

Nadszedł dla mnie najważniejszy turniej. W listopadzie 2018 roku we Francji brałem udział w moich kolejnych Mistrzostwach Europy. W swojej karierze wielokrotnie stawałem na podium tych zawodów, jednak nigdy na jego najwyższym stopniu. Pragnąłem tego tak bardzo, że wiedziałem iż muszę wspiąć się na maksimum moich możliwości, zarówno sportowych jak i mentalnych…

Kilka dni przed mistrzostwami czułem się gotowy. Czułem, że to jest mój czas, że tym razem to zrobię. Podczas zawodów, z półfinałem włącznie, rozgrywałem pojedynki, które nie pozwoliły mi wejść na najwyższe obroty. Wiedziałem, że mimo to w finale będę musiał grać najlepiej jak potrafię. Przed meczem dobrze rozgrzałem się na korcie z trenerką Małgorzatą Janiaczyk oraz innymi zawodnikami naszej kadry. Pogonili mnie po nim niesamowicie, co pozwoliło mi dobrze wejść w mecz od samego początku. Nawet, gdy w 3 secie przegrywałem 4:7, dalej wierzyłem, że to mój dzień. Był to mój czwarty finał ME przeciwko Ilkerowi Tuzcu. I udało się! Tym razem, we francuskim Rodez, w końcu tego dokonałem! Po sześciu latach marzeń o złocie w końcu je zdobyłem!

Archiwum Prywatne | Reprezentowanie barw narodowych to coś wspaniałego!

Pokonałem mojego przyjaciela, największego rywala europejskiego i partnera deblowego. Byliśmy jedną z dwóch par deblowych najlepszych na świecie. Zdobyliśmy wiele tytułów, między innymi w 2013 i 2015 roku srebrny medal MŚ. Ze względu na wypuklinę kręgosłupa musiałem zrezygnować z gry deblowej. Wróciliśmy na ME, by trzeci raz z rzędu zdobyć złoty medal i by znów cieszyć się wspólną grą. Na szczęście nigdy nie mieliśmy problemu z graniem przeciwko sobie, nawet tuż po wspólnej grze deblowej i odwrotnie. Co odbywa się na korcie, zostaje na korcie. Najtrudniejsze jest jedynie to, że bardzo dobrze znamy swoje słabe i mocne strony.

Jednak na tych mistrzostwach w singlu to ja byłem górą i w końcu pokonałem Ilkera. Osiągnąłem kolejny cel na mojej liście marzeń.

Teraz czas na wyższe cele. Złoty medal Mistrzostw Świata w grze singlowej oraz bycie numerem 1 w światowym rankingu. Oprócz tego, zakwalifikowanie się na igrzyska paraolimpijskie w Tokio w 2020 roku. Do dyscyplin paraolimpijskich dołączono wreszcie parabadmintona, co niezmiernie mnie cieszy. Od początku swojej kariery zawsze marzyłem o zdobyciu medalu igrzysk paraolimpijskich. Teraz mam szansę o niego zawalczyć! Sam udział będzie już sukcesem, lecz gdy już tam będę, powalczę o medal… Ten, z najcenniejszego kruszcu…

Jak każdy człowiek, także mam w życiu gorsze momenty. Wiem jednak, że zapewne wtedy moi rywale uśmiechają się, ponieważ poddając się, odpuszczając jeden czy drugi trening, ułatwiam im rywalizację ze mną.

Same marzenia o igrzyskach nie wystarczą. Trzeba w tym kierunku podjąć wiele działań. Razem z moim przyjacielem, Michałem Rogalskim, w lipcu 2018 roku stworzyliśmy projekt TokyoDream. Obaj mamy wspólny cel – zakwalifikować się na igrzyska: olimpijskie i paraolimpijskie. Wspieramy się na tej drodze, staramy się wykorzystać nasze doświadczenie i wiedzę, by być jeszcze lepszymi zawodnikami. W 2018 roku badminton w Polsce przechodził trudny czas. Mimo to, daliśmy radę. Często razem trenujemy, pomagamy sobie nawzajem. W grudniu odbyliśmy pierwszy wspólny czas przygotowawczy do kwalifikacji w Zakopanem. Dodatkowo, nad naszym przygotowaniem motorycznym czuwał Grzegorz Arłukowicz, a w sezonie 2018/2019 gramy w Polskiej Lidze Badmintona dla UKS Hubal Białystok. Oprócz tego, chcemy budować świadomość młodych zawodników. Chcemy dzielić się naszą wiedzą, doświadczeniem i promować badmintona w Polsce.

Dla mnie badminton to całe moje życie. Będąc prekursorem parabadmintona w Polsce, mógłbym na to spojrzeć w ten sposób, że jestem jedyny w kraju i na tym poprzestać. Ja jednak od siebie wymagam znacznie więcej. Parabadminton dał mi wiele. Wiem, jak wygląda mentalność wielu osób niepełnosprawnych w Polsce. Bycie prekursorem jest trudną drogą, nikt przede mną nie przetarł szlaków, musiałem robić to sam. Wszystko było i nadal bywa nowe, nieznane… Uczę się na błędach. Jest wiele momentów, kiedy można zwątpić. Ja już przetarłem szlaki. Teraz inni mają łatwiej. Być może pokochają badmintona tak jak ja i będzie on dla nich całym życiem, jak w moim przypadku. Takie myślenie zrodziło pomysł na założenie fundacji Bartłomieja Mroza, która powstała 21 lutego 2018 roku w Warszawie. Jej głównym celem jest promowanie parabadmintona w Polsce oraz aktywizacja osób niepełnosprawnych poprzez sport, w szczególności badminton. Wiele lat działam na rzecz rozwoju tej dyscypliny w naszym kraju i postanowiłem realizować własne pomysły. Wspólnie z inną zawodniczką parabadmintona, Katarzyną Ziębik oraz naszym zespołem tworzymy fundację. Do tej pory zorganizowaliśmy pierwsze szkolenie parabadmintonowe podczas Narodowych Dni Badmintona w Zakopanem, organizowanych przez Fundację Narodowy Badminton. Odbyły się tam gry pokazowe, pokazy gry na wózkach oraz turnieje dla kategorii WH i SS6.

Uprawianie parabadmintona pozwoliło mi spełniać marzenia. Dzięki wysokim osiągnięciom, jest jednocześnie moim źródłem utrzymania. To wspaniałe uczucie mieć „pracę”, która jest twoją pasją. Podróżuję po świecie, poznaję ludzi.

Badminton każdego dnia czyni mnie lepszym człowiekiem, ponieważ daje mi motywację aby być najlepszym zawodnikiem na świecie. Konkurencja jest olbrzymia, zwłaszcza od momentu dołączenia dyscypliny do programu igrzysk paraolimpijskich. Oprócz dotychczasowej czołówki, nagle pojawiło się wielu innych utalentowanych graczy, którzy ustawiają się w kolejce po najważniejsze trofea. Taki stan rzeczy motywuje mnie jeszcze bardziej, ponieważ muszę dążyć do dorównania tym ze szczytu, oraz rozwijać się na tyle, by nie dać doścignąć tym, którzy gonią mnie.

Jak każdy człowiek, także mam w życiu gorsze momenty. Wiem jednak, że zapewne wtedy moi rywale uśmiechają się, ponieważ poddając się, odpuszczając jeden czy drugi trening, ułatwiam im rywalizację ze mną.

Z tym sportem wiążę też moją przyszłość, nie wyobrażam sobie życia bez badmintona. Po zakończeniu sportowej kariery chciałbym zostać trenerem i przekazywać moje doświadczenia i umiejętności innym osobom, które chcą walczyć o swoje marzenia – tak samo jak ja teraz. Wiem bowiem, że NIC W ŻYCIU SAMO NIE PRZYJDZIE. JEŻELI CZEGOŚ CHCEMY, MUSIMY NA TO ZAPRACOWAĆ. I tym kieruję się w życiu.

A jedyne czego nie potrafię do dzisiaj zrobić, to pływać łódką z dwoma wiosłami. Na całą resztę znalazłem swoją własną alternatywę…

Znaczek
Bartłomiej Mróz 08.02.2019
Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce.