Nic nie zrobisz z tym, czego już nie masz

Karol Bielecki | 29.11.2018 Patryk Ptak

Pierwszy wybór

Kiedy byłem w 8 klasie, groziła mi ocena niedostateczna na pierwszy semestr. Z wychowania fizycznego. Nie, nasz wuefista nie był specjalnie wymagający, nie był niesprawiedliwy – cała klasa miała praktycznie oceny bardzo dobre, tylko jeden Bielecki, niedostateczną.

Pan Ryszard Kiljański, mój nauczyciel WF był równocześnie zapalonym miłośnikiem piłki ręcznej i trenerem szkolnej drużyny. Ja do piłki ręcznej nie miałem wtedy specjalnie ducha. Jak każdy chłopak w tym wieku marzyłem o karierze piłkarza nożnego! Ale dałem się namówić, by spróbować. To było w 4 klasie podstawówki. Pochodziłem na treningi, szło mi całkiem przyzwoicie, trener był zadowolony – ale serce było cały czas przy piłce nożnej. Pojechaliśmy z drużyną na turniej „Lajkonika” do Krakowa. Nie pamiętam już, które miejsce tam zdobyliśmy, ale ja byłem z siebie bardzo dumny – w każdym meczu szło mi wspaniale! Gdy już wracaliśmy do domu, trener Kiljański zaczął chwalić poszczególnych zawodników – ten świetnie, tamten bardzo dobrze, jeszcze inny – rewelacja. A o mnie ani słowa! Poczułem się urażony tak, jak tylko urażony może być jedenastolatek i pomyślałem sobie: Tak? No to figę! Sami sobie grajcie.

I więcej na trening nie przyszedłem.

Trener namawiał, przekonywał, prosił – byłem zawzięty i twardy jak skała – przez prawie 4 lata moja noga nie stanęła na treningu piłki ręcznej! Owszem, grałem na lekcjach WF bo nie miałem wyjścia i stąd właśnie upór trenera, by mnie przekonać do powrotu. Dlaczego? Bo na boisku za każdym razem szło mi znakomicie, bo wyróżniałem się na tle klasy siłą, szybkością i uporem.

Czy wiedząc, jaki ogromny wysiłek i ciężka praca przede mną, zdecydowałbym się na to ponownie? Na pewno tak.

W końcu pan Kiljański, zdesperowany i nie widząc innej możliwości – uciekł się do małego szantażu… Oburzony wróciłem do domu, pożalić się mamie, jaki to ten nauczyciel jest niesprawiedliwy i że JA mam mieć niedostateczną! A mama ( jak się później okazało, w zmowie z trenerem ) zawyrokowała krótko:

„Synu – bierz plecak, bierz buty i leć na trening – nie chcesz chyba powtarzać ósmej klasy z powodu WF-u”

Zostałem postawiony pod murem! Poszedłem na trening i… Mogę śmiało powiedzieć, że właśnie tak naprawdę rozpoczęła się moja kariera sportowa, że to był ten punkt zwrotny, w którym zacząłem stawać się piłkarzem ręcznym.

Młodość i kariera

Dlaczego o tym piszę? Dlaczego nie zaczynam od sukcesów? Od igrzysk w Rio de Janeiro? Od zdobytego pucharu? W końcu – dlaczego nie od wypadku?

Ponieważ nie chcę pisać o tym, jak przebiegała moja kariera, jakie medale i puchary zdobywałem (a jakie przeszły koło nosa), jakie sukcesy drużynowe i indywidualne były moim udziałem. O tym wszystkim można przeczytać chociażby w mojej książce „Wojownik” czy w wielu wywiadach, których udzieliłem.  Chciałbym podzielić się z Wami tym, co stanowi o sile nie tylko sportowca, ale także każdego człowieka. O umiejętności czerpania z właściwego otoczenia, o zdolności do uważnego słuchania rad mądrzejszych od nas ludzi i o tym, jak podejmować dobre decyzje w trudnych momentach.

Blue Cherry Studio | Nowy rozdział mojego życia – motywacja

Gdy już zacząłem grać w piłkę ręczną, oddałem się tej dyscyplinie z pełnym zaangażowaniem. Wiedziałem, że mogę być najlepszy na świecie! Podbudowywany słowami trenera, walcząc na boisku jak mało kto, chodząc na wszelkie możliwe treningi: swojego rocznika, młodszych i starszych, po kilka razy w tygodniu – czułem, że konsekwencja i ciężka praca mogą doprowadzić mnie do miejsca, do którego nigdy nie doszedłbym grając w piłkę nożną.

Czy miałem talent? Cóż, chyba tak. Ale znam wielu ludzi utalentowanych, którzy za bardzo wierzyli w to, że sam talent wystarczy. Znam takich, którzy nie spotkali na swojej drodze ludzi gotowych wycisnąć z nich każdą kroplę potu by dowieść, że mogą być mistrzami.

Na pewno pomagała mi, zwłaszcza na początku, moja siła. I nie mówię tu o sile psychicznej, o jej wadze los kazał mi się przekonać znacznie później… Mówię o takiej zwykłej sile fizycznej. Gdy rzucałem piłką w obrys bramki, nawet z dużo większej odległości niż inni – ze ściany sypał się tynk. Koledzy chyba czasem bali się odbierać moje podania… Gdy mieliśmy na lekcji wychowania fizycznego rzut piłeczką palantową, no cóż – do dzisiaj nie są znane jej losy. Rzuciłem tak, że przeleciała boisko, przeleciała nad dachem szkoły i zakończyła żywot gdzieś w lesie. Mięśnie miałem wyćwiczone – odkąd pamiętam pomagałem tacie w pracy, pracowałem na budowach, zarabiałem na buty do treningu pracując w okolicznych sadach czy gospodarstwach. Nie miałem czasu leniuchować. To pomagało uwierzyć w siebie.

Przeczytaj także

Gorycz rozczarowania

W wieku 17 lat dostałem możliwość przeprowadzki z Sandomierza do Kielc i gry w najlepszym polskim zespole. Czy się bałem? Ani trochę. Pewnie inne zdanie na ten temat ma moja mama… Ale ja byłem gotów na podbój świata! Mogłem wtedy zawahać się, mogłem pomyśleć: hej, Kola, a matura? Może najpierw szkoła? Jak sobie poradzisz bez rodziny w wielkim mieście?

Poszedłem w to bez wahania! Było trudno – bardzo wyczerpujące treningi, nowe otoczenie, mieszkanie samodzielnie i dbanie o siebie bez wsparcia rodziców plus lekcje w szkole – to był ogrom pracy. Przeszedłem w szkole w tryb zaoczny, nie dawałem rady być i na lekcjach, i na treningach. Dziś młodym sportowcom powiedziałbym: nie idźcie tą drogą, nie róbcie tak. Wtedy nie wiedziałem, że to będzie takie trudne.

Szło mi świetnie. Zdobyliśmy Mistrzostwo Europy juniorów, zacząłem grać w reprezentacji Polski seniorów – to był piękny czas, a ja czułem się jak ryba w wodzie.

Podjąłem decyzję o aplikowaniu do SMS – Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Gdańsku. Dla młodych sportowców była furtką do dalszej kariery, a ja byłem pewien, że poradzę sobie tam świetnie! Cóż, nie było mi dane nawet spróbować. Kiedy dotarłem do Gdańska, a była to pierwsza moja samodzielna podróż tak daleko i sama w sobie była już wyzwaniem, kiedy przeszedłem wszystkie testy i egzaminy – byłem przekonany, że mam to już w garści. Niestety, kilka dni później przyszła decyzja z SMS – uznano, że jestem za wątły, za chudy i kariery jako piłkarz ręczny nie zrobię…

Patryk Ptak | Nasz największy drużynowy sukces – zwycięstwo w Lidze Mistrzów w sezonie 2015/16

Czy się poddałem? Zdecydowanie nie! Zdopingowany motywacyjnymi uwagami mojej mamy, która była moim pierwszym prawdziwym kibicem – zakupiłem skórzaną, rzemienną skakankę, z którą trenowałem. Napisałem na niej: „Jeszcze zobaczycie! Ja wam pokażę! Pożałujecie!” . Podobną listę powiesiłem nad łóżkiem, towarzyszyła mi  przez wiele lat, nawet wtedy, gdy grałem już w Bundeslidze.

Kontuzja. Nowy Bielecki

Sukces za sukcesem, medal za medalem, niekiedy porażka… Tak w skrócie mógłbym streścić swoją karierę, aż do pamiętnej daty 11 czerwca 2010 roku. Byłem na szczycie – grałem w najlepszej lidze na świecie, zdobywałem medale i nagrody z reprezentacją Polski. Osiągnąłem już niemal wszystko, o czym może marzyć sportowiec. Czułem, że niesie mnie ta fala, że mam swój czas, że wykorzystałem wszystkie swoje atuty i wszystkie okoliczności najlepiej na świecie. Byłem w życiowej formie i w najlepszym życiowym momencie swojej kariery.

Bawiłem się tak, jak dzisiaj bawi się moja dwuletnia córeczka…

Mecz towarzyski z Chorwacją, grany w Kielcach, u siebie, w swojej hali, która mnie wychowała – zmienił to błyskawicznie. Wystarczyła chwila by to, co zbudowałem, zaczęło się rozsypywać jak domek z kart, a ja nie wiedziałem, czy będę w stanie złapać którąkolwiek z nich, czy będę w stanie grać jakkolwiek kartami, które zostały mi w ręku…

Gdy kciuk Chorwata przebił moje oko i poczułem na palcach płyn, o którym od razu wiedziałem, że nie jest krwią – wiedziałem, że nie jest dobrze. Gdy zobaczyłem przerażenie na twarzy lekarza i kolegów z drużyny – wiedziałem, że jest beznadziejnie. Gdy w szpitalu usłyszałem, ile części oka straciłem – jedną, druga, trzecią, czwartą, piątą, szóstą… Straciłem przytomność.

Wśród zawirowań ze zmianami szpitala, wśród licznych konsultacji i diagnoz, wśród słów wsparcia i otuchy, zapamiętałem z tego okresu szczególnie jeden obrazek. Gdy byłem jeszcze w szpitalu w Kielcach, czekając na transport do kolejnego szpitala, szedłem korytarzem. W sali, pacjenci oglądali drugi z meczów rozgrywanych przez moją drużynę – mecz, którego ja nie mogłem zagrać. Spojrzenia kibiców w moją stronę zapaliły w mojej głowie neon: czy kiedykolwiek jeszcze wrócę na boisko? Wtedy jednak mogłem skupić się tylko na tym, by trafić w drzwi – ograniczone o 30 procent pole widzenia nie napawało optymizmem.

W Niemczech usłyszałem od jednego z lekarzy diagnozę, która była motorem moich dalszych działań i decyzji:

„Możesz spróbować grać, od ciebie tylko zależy, na jakim to będzie poziomie.”

I spróbowałem. Straciłem bezpowrotnie oko. Przechodziłem trudną rehabilitację – dostawałem kolorowanki do pokolorowania, musiałem wybierać bierki z usypanej kupki, wkładać maleńkie przedmioty do szklanki, do butelki. Bawiłem się tak, jak dzisiaj bawi się moja dwuletnia córeczka… Odbywałem sesje rehabilitacyjne w specjalnie przygotowanym pokoju. Cały był pomalowany na niebiesko, na niebieskim sznurku zawieszono w nim niebieską piłkę, którą miałem łapać. Sądzę, że dla kogoś z dwojgiem oczu byłoby to nie lada wyzwanie… A ja parłem do przodu. Nawyki wyrobione przez lata treningów i walki z samym sobą i swoimi słabościami nie pozwalały mi przestać. Nie mogłem pozwolić na to, by to los zdecydował kim będę. A mogłem bardzo szybko stać się zapomnianym piłkarzem ręcznym, który kiedyś był dobry, ale nie podniósł się po kontuzji.

Do utraty oka tak właśnie podszedłem i podchodzę nadal – to kontuzja. Trudniejsza niż skręcony staw czy wybity bark, kontuzja nieodwracalna, ale spowodowana zwykłym wypadkiem, zwykłym splotem niefortunnych okoliczności.

Wiedziałem, że nic nie mogę zrobić z tym, czego już nie mam, ale mogę wydobyć 100 procent możliwości z tego, co mi pozostało.

Wróciłem na boisko. Już nie ten sam, już jako inny, nowy Bielecki. Przeanalizowałem taktykę, wybrałem te sytuacje na boisku, w których mogłem być potrzebny drużynie, w których mogłem być takim samym dobrym zawodnikiem, jakim byłem wcześniej.

Patryk Ptak | Przeciwności należy pokonać przede wszystkim w swojej głowie

Czy wiedząc, jaki ogromny wysiłek i ciężka praca przede mną, zdecydowałbym się na to ponownie? Na pewno tak. Na pewno było warto. Nie tylko dla łez wzruszenia po pierwszym meczu. Nie tylko dla faktu, że zostałem na igrzyskach w Rio de Janeiro chorążym polskiej reprezentacji i zdobyłem tam tytuł króla strzelców turnieju, rzucając 55 bramek. Ale przede wszystkim dla samego siebie – by móc samodzielnie i niezależnie od jakichkolwiek zewnętrznych czynników zdecydować o tym, kim jestem, kim chcę być oraz kiedy i jak chcę zakończyć karierę.

Dzisiaj

Zakończyłem karierę sportową na własnych warunkach i w wybranym przeze mnie momencie. To dla mnie ogromnie cenne. Nie jestem już czynnym sportowcem – jestem tatą dwójki maluchów, jestem mężem, głową rodziny. Cały czas jednak wspieram młodych sportowców, prowadząc dla nich zajęcia wspólnie z moim przyjacielem Sławkiem Szmalem. Jestem także ambasadorem kampanii Bridgestone „Podążaj za marzeniami” i bardzo podoba mi się ta rola.

Archiwum Prywatne | Z moim przyjacielem Sławkiem, z którym także poza boiskiem kroczymy wspólną ścieżką

Ponadto otwieram nowy rozdział w swoim zawodowym życiu – rozpocząłem prowadzenie spotkań i wykładów motywacyjnych dla biznesu, firm, studentów i wszystkich osób, które są w takim momencie życia, w którym potrzebna jest nowa, świeża dawka motywacji.

Znaczek
Karol Bielecki 29.11.2018
Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce.