Nawet jeśli w ciebie zwątpili…

Krzysztof Szubarga | 08.10.2018 Mariusz Mazurczak / www.23studio.pl

…pokaż, że się mylili.

Na przełomie lutego i marca 2014 roku sytuacja na Ukrainie, gdzie akurat grałem, zrobiła się napięta ze względów politycznych… Byliśmy świadkami obalenia władzy prezydenta Janukowycza. Zaczął się cholerny Majdan. Wojska rosyjskie zajmowały teren Ukrainy. To był początek wojny na naszych oczach.

Wielu zawodników zagranicznych ze strachu zaczęło opuszczać swoje zespoły. W pierwszej kolejności Amerykanie, po nich wszyscy inni.  Ze mną było podobnie. Serce podpowiadało, aby dokończyć sezon w drużynie z Mikołajewa, a rozum i rodzina, żeby wrócić do kraju.

Udałem się więc do władz klubu i oświadczyłem, że chcę wracać do Polski, do rodziny. Zrozumieli mnie w pełni i nie robili żadnych problemów, za co im bardzo dziękuję.

Archiwum prywatne | Hala w Mikołajewie. To tu trenowałem na co dzień grając na Ukrainie.

W tym samym czasie mój agent rozwiązywał kontrakt z ukraińskim zespołem i jednocześnie prowadził zaawansowane rozmowy z klubem AZS Koszalin. Sprawnie doszliśmy do porozumienia, w rezultacie czego podpisałem umowę do końca sezonu.

Z AZS-em nie udało się wejść do pierwszej szóstki i zapewnić bezpośredniego udziału w fazie play-off. Została jeszcze szansa i walka o ostatnie dwa miejsca premiowane awansem. W jednym ze spotkań doznałem urazu kręgosłupa. Kontuzja okazała się na tyle poważna, że przedwcześnie zakończyłem sezon.

W przerwie letniej przechodziłem rehabilitację i wracałem pomału do zdrowia. Drużyna AZS-u złożyła mi dwuletnią ofertę, na którą przystałem. Przyjeżdżając na zgrupowanie przed sezonem byłem bardzo podekscytowany, bowiem w zespole udało się zatrzymać ważnych Polaków i podpisać sprawdzonych już obcokrajowców. Pod wodzą trenera Igora Milicica mieliśmy grać o najwyższe cele. Niestety nie wszystko ułożyło się tak, jak chciałem. Uraz kręgosłupa odnowił się na początku przygotowań i potrzebna była operacja.

Klub zdawał sobie sprawę z moich problemów i dlatego zobowiązał się wykupić ubezpieczenie mojego kontraktu na wypadek kontuzji. Mimo to, już po urazie oświadczono mi, że mój kontrakt nie wszedł w życie! Była to tym bardziej dziwna decyzja, gdyż trenowałem z drużyną od początku przygotowań. Uraz był dokładnie ten sam, którego doznałem w końcówce poprzedniego sezonu. Chciałem uniknąć przepychanek i poszedłem im na rękę. Miałem zamiar szybko wrócić do gry i udowodnić, że podpisanie ze mną kontraktu nie było pomyłką. Uzgodniliśmy, że klub po zabiegu pomoże mi w rehabilitacji i wynajmie mieszkanie. Operował mnie znany profesor Marek Harat w 10 Wojskowym Szpitalu Klinicznym z polikliniką w Bydgoszczy. Zabieg przebiegł bez powikłań.

Do gry wróciłem w okolicach grudnia. Trudno było złapać rytm meczowy i dołączyć do ekipy, która bardzo dobrze sobie radziła. W końcu jednak udało się i byliśmy jedną z najlepszych drużyn w lidze. W marcu graliśmy mecz w Radomiu z tamtejszą Rosą. Odnieśliśmy cenne zwycięstwo na trudnym terenie. Byłem bardzo zadowolony z występu swojego i drużyny. Moją radość zakłócił… ból w plecach, który ponownie wyeliminował mnie z gry na miesiąc.

W odpowiedzi usłyszałem, że mam wchodzić od razu na duże obciążenia i trenować na równi ze wszystkimi, oraz że nikt nie będzie ponownie za mną czekał.

W międzyczasie, żeby tradycji stało się zadość, jak to w Koszalinie, klub zwolnił trenera Milicica i zatrudnił w jego miejsce Greka – Flevarakisa. Dziwny ruch – zajmowaliśmy trzecie miejsce w tabeli, z szansami nawet na pierwsze na koniec sezonu zasadniczego, a do najważniejszej fazy play-off pozostawały zaledwie dwa tygodnie.

Wróciłem do gry w ostatniej kolejce sezonu regularnego, ale nie byłem sobą. Z kontuzjami walczyli też inni zawodnicy i w play-off przegraliśmy gładko 0:3 z niżej rozstawioną Rosą Radom. Tak oto sezon, który zapowiadał się jako jeden z najlepszych w historii klubu okazał się wielką porażką.

Mając ważny kontrakt, prosto po rehabilitacji stawiłem się na przygotowaniach do kolejnego sezonu. Nie byłem jeszcze w stu procentach gotowy do gry, w związku z czym powinienem wchodzić w trening wolniej. Trener od przygotowania motorycznego zgłosił to do szkoleniowca oraz kierownictwa zespołu. W odpowiedzi usłyszałem, że mam wchodzić od razu na duże obciążenia i trenować na równi ze wszystkimi, oraz że nikt nie będzie ponownie za mną czekał. Uważam tę decyzję za nierozsądną, ponieważ potrzebowałem dwóch, może trzech tygodni, aby wejść na pełne obroty i móc trenować na maksymalnych obciążeniach.

Tak jak to było do przewidzenia – doznałem urazu mięśnia czworogłowego w udzie podczas podbiegów. Ból zgłosiłem od razu, ale dopiero po dwóch tygodniach wykonano badanie USG. W tym czasie trenowałem z dolegliwościami. Pierwszą diagnozą był odpoczynek od sportu przez okres blisko 3 miesięcy! Kolejna informacja była taka, że mięsień nigdy nie będzie już tak silny jak wcześniej (obecnie według mnie jest dwa razy mocniejszy).

Diagnoza trochę mnie zdziwiła. Sportowcy po całkowitych zerwaniach mięśni wracają do treningów szybciej niż ja miałem to uczynić po naderwaniu. Musiałem to zweryfikować. Pojechałem do Poznania, do kliniki Rehasport. Zgodnie z moimi wątpliwościami lekarz zdiagnozował, że dwa tygodnie porządnej rehabilitacji wystarczą, aby wrócić na parkiet. Zadowolony wróciłem do Koszalina. Tam dostałem przysłowiowego liścia w twarz – pismo o rozwiązaniu umowy z powodu „poważnego” urazu… Kolejny zastanawiający ruch kierownictwa koszalińskiego klubu. Mój kontrakt był gwarantowany na 2 lata i podczas kontuzji byłem chroniony. Klub nie mógł ot tak go rozwiązać. Stosował więc inne metody. Zakazał wstępu na halę oraz dodatkowo nie mogłem korzystać z rehabilitacji. Wypowiedziany został także najem mieszkania, w którym przebywałem. Do porozumienia doszliśmy dopiero w grudniu. Kontrakt został definitywnie rozwiązany.

Archiwum prywatne Artura Packa | Artur doprowadził mnie do najlepszej wersji samego siebie

Z czasów gry dla AZS-u najmilszą rzeczą, która mnie spotkała, było poznanie dwóch Arturów – Mielczarka oraz Packa. „Mielony” został jednym z moich najlepszych przyjaciół, a Artur Pacek najlepszym trenerem od przygotowania motorycznego, jakiego spotkałem w całej mojej sportowej karierze. Doprowadził mnie później do najlepszej wersji samego siebie. Cieszę się, że w koszalińskim klubie doszło w końcu do zmiany zarządu. Tamtejsi kibice zasługują na pełen profesjonalizm. Zamykam ten etap za sobą i pokieruję się tutaj klasykiem: „co cię nie zabije, to cię wzmocni”.

Po rozwiązaniu kontraktu, w prywatnej rozmowie z Arturem Packiem dowiedziałem się, że przygotowanie mojego ciała do gry po takiej przerwie zajmie około 12 tygodni. Łatwo wyliczyć, że mógłbym wrócić na parkiet na przełomie lutego i marca. Po dłuższym zastanowieniu stwierdziłem, że nie chcę się spieszyć. Dwa miesiące gry nic by nie zmieniły w perspektywie następnego sezonu i całej mojej kariery. Odpuściłem więc i skoncentrowałem się na przygotowaniu jak najlepszej formy na kolejny sezon.

Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, które od wielu lat były w biegu. W końcu mogłem spędzić ten okres z rodziną i poświęcić czas najbliższym. Z Arturem zaczęliśmy pracować od lutego 2016 roku. Nie było łatwo, ale podejście trenera, jego sumienność, plan, optymizm oraz wiara we mnie nakręcała mnie coraz bardziej. Treningi zaczynałem wcześnie rano, ponieważ później Artur jechał do pracy w klubie. Ja miałem swój cel do zrealizowania, a Artur mógł przecież w tym czasie odpoczywać w domu. Pomagał mi jednak zupełnie bezinteresownie. Nigdy nie spóźnił się ani sekundy na trening, a przeważnie był dużo wcześniej. Fachowiec przez duże F i wspaniały człowiek. Pracuję z nim do dnia dzisiejszego i uczestniczę w jego obozach Getbetter. Na co dzień mam rozpisany trening, tak aby utrzymać ciało w dobrej formie oraz przede wszystkim zabezpieczyć je przed kolejnymi urazami. W szczególności dbam o plecy, z którymi miałem tyle problemów.

Wiele osób już mnie skreśliło. Szczególnie w Koszalinie. W klubie powiedziano mi, że mam zakończyć karierę. Od jednego z trenerów usłyszałem: „Szubi, już nigdy nie wrócisz na swój poziom grania, będziesz coraz to wolniejszy i słabszy…”. To dawało mi jeszcze większego kopa. Wszystkie te opinie nakręcały mnie niesamowicie do tego stopnia, że nie potrafiłem odpoczywać i trenowałem nawet w wolne dni. Dostałem po uszach, gdy trener Artur się o tym dowiedział. Musiałem zwolnić, a byłem rozpędzony jak bolid!

Podczas całej tej pracy z Arturem miewałem lepsze i słabsze momenty, jak każdy człowiek, ale miałem jeden cel – wrócić do formy! Moje otoczenie, moja rodzina, moi przyjaciele – bardzo mnie wspierali, jednak chciałem to zrobić przede wszystkim dla siebie. Towarzyszyła mi myśl, że nikt nie będzie za mnie przedwcześnie kończył kariery. Zdaję sobie sprawę, że kiedyś przyjdzie ten czas, ale zrobię to na własnych warunkach!

Szczególne podziękowania należą się mojej żonie. Kamila dbała o mój codzienny plan i dietę, którą zmieniłem diametralnie. Bez niej nie byłoby to wszystko możliwe. Kolejną motywacją była moja córka, która trenuje siatkówkę i jest bardzo aktywna sportowo. Też czasem chce pograć z tatą. Nie potrafiłbym jej odmówić. Powiedzieć, że nie dam rady zagrać czy zrobić z nią treningu. Jako głowa rodziny jestem przecież odpowiedzialny za podejście dzieci do życia. Nie ma nic lepszego niż pokazanie im, że wszystko można osiągnąć odpowiednim podejściem, charakterem i ciężką pracą. Że nawet z beznadziejnej sytuacji można wyjść obronną ręką. Najlepiej wyznaczyć cel, do którego będziemy wytrwale dążyć. Krok po kroku. Nie patrząc, że czasem będzie pod górkę, bo będzie. Ważne, aby iść do przodu.

Archiwum prywatne | Moje największe wsparcie – rodzina

Przed sezonem 2016/17 przepracowałem solidnie kilka miesięcy i wreszcie czułem, że jestem gotowy. Dostałem sporo ofert. Na niektóre z szacunku do samego siebie nie mogłem przystać – wiedziałem ile mnie kosztował powrót do gry. Czułem, że jestem w formie sprzed kontuzji, a kluby chciały wykorzystać moją przerwę na swoją korzyść. Nie dziwię się. Tak to działa w tym biznesie. Jak zawodnik jest po poważnym urazie to klub jest w uprzywilejowanej roli w rozmowach. Działa to też w drugą stronę. Po dobrym sezonie to zawodnik rozdaje karty.

Cały sezon w moim wykonaniu był najlepszy w karierze. Po raz pierwszy zostałem królem strzelców ligi i drugi raz przyznano mi nagrodę dla najlepszego Polaka.

Najpoważniejsza oferta przyszła z Gdyni, gdzie powstawał zespół złożony wyłącznie z Polaków. Klub widział mnie w roli pierwszego rozgrywającego i jednego z bardziej doświadczonych graczy. Gdynię znałem już z sezonu 2010/11, gdzie zdobyliśmy Mistrzostwo Polski. Dobrze wiedziałem, że jest to profesjonalnie zarządzany klub z jedną z najlepszych, jak nie najlepszą organizacją w Polsce. Decyzja była prosta – idę do Asseco Gdynia. Przed sezonem każdy skazywał nas na spadek z ligi. Młodzi zawodnicy i tylko dwóch doświadczonych – Piotrek Szczotka i ja. Do tego na ławce debiutant w roli trenera – Przemysław Frasunkiewicz.

Po pierwszych dwóch porażkach głosy nie ucichły, a wręcz się nasiliły. Umieszczano nas na końcu tabeli, co było jednoznaczne ze spadkiem do pierwszej ligi. Wcześniej żaden zespół złożony z samych Polaków nie utrzymał się w Ekstraklasie.

Na trzeci mecz pojechaliśmy do Słupska – brązowego medalisty poprzedniego sezonu. Wstąpiło w nas coś niewiarygodnego. W całym spotkaniu gospodarze nie mieli nic do powiedzenia. Ani przez chwilę! Każdy z nas miał ogień w oczach. Potrzebowaliśmy tego zwycięstwa jak tlenu. Zrobiliśmy to! Udowodniliśmy, że w tym składzie jesteśmy w stanie wygrywać i grać dobrze w basket. Indywidualnie był to dla mnie bardzo dobry sezon i w połowie rundy zasadniczej pojawiły się oferty z innych zespołów. Po jednym spotkaniu z władzami klubu podjąłem decyzję o pozostaniu w drużynie i kontynuowaniu walki o utrzymanie. Zagwarantowaliśmy je sobie na kilkanaście kolejek przed końcem sezonu. Wielu wciąż się dziwiło…

Cały sezon w moim wykonaniu był najlepszy w karierze. Po raz pierwszy zostałem królem strzelców ligi i drugi raz przyznano mi nagrodę dla najlepszego Polaka. Moja forma, po tak przepracowanym okresie, była równa przez całe rozgrywki. Zagrałem we wszystkich spotkaniach i spędziłem na parkiecie chyba najwięcej minut ze wszystkich graczy w całej lidze. Ludziom, którzy mnie skreślili, udowodniłem na co mnie stać. Swoją ciężką pracą i zaangażowaniem pokazałem, że ograniczenia są wyłącznie w naszych głowach. Jeśli czegoś naprawdę pragniemy – walczmy o to z całych sił. Gdybym wtedy słuchał tych wszystkich „doradców”, pewnie nigdy bym tego nie osiągnął.

Mariusz Mazurczak / www.23studio.pl | Nie ma piłki, o którą nie warto walczyć

Po takim sezonie liczyłem na powołanie do reprezentacji, ale niestety trener Mike Taylor miał inną wizję. Na szczęście grałem już z orzełkiem na piersi, więc wiem jaki to honor reprezentować nasz kraj. W międzyczasie pojawiły się oferty z innych klubów, z tą najbardziej medialną z Krakowa na czele. Spotkałem się z właścicielem krakowskiego klubu i od razu wiedziałem, że nie jest to projekt, w którym chcę uczestniczyć. Ostatecznie bez wahania parafowałem 2-letnią umowę z Asseco i występuję w tej drużynie do dnia dzisiejszego. Przed obecnym sezonem klub, już pod nową nazwą Arka Gdynia poczynił duże wzmocnienia w składzie. Będziemy grać o najwyższe cele w polskiej lidze. Wracamy również na europejskie parkiety, gdzie będziemy chcieli jak najlepiej reprezentować nasz kraj. Trzymajcie kciuki!

Znaczek
Krzysztof Szubarga 08.10.2018
Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce.