Moje „mistrzostwo świata”

Jerzy Górski | 29.10.2018 Marcin Oliva Soto

24 godziny i 47 minut. W takim czasie pokonałem dystans 7,6 km pływania, 360 km jazdy rowerem i 84 km biegu. Linię mety przekroczyłem jako pierwszy. Wbiegłem na nią z uniesionymi rękoma, tak jak Antoni Niemczak w 1984 roku, kiedy wygrywał maraton w Wiedniu.  Zostałem nieoficjalnym Mistrzem Świata na zawodach „Double Ironman” w Alabamie w 1990 roku. Prawdopodobnie bez tego sukcesu, który był moim najważniejszym sportowym osiągnięciem, nie spełniłbym swojego największego marzenia…

Jako mały chłopiec byłem strasznie żywym dzieckiem. Uprawiałem gimnastykę, w której byłem całkiem dobry. Trafiłem nawet do grupy trenowanej przez wybitnego trenera, wielokrotnego Mistrza Polski. Gimnastyka była czymś, co naprawdę mnie pociągało. Niestety zniechęcał mnie do niej ojciec, który chciał abym został mechanikiem samochodowym. Dochodziło między nami na tym tle do częstych kłótni. Jego słowa, że i tak nic w sporcie nie osiągnę, że nie nadaję się do tego – doprowadzały do nerwowej atmosfery w domu. Starałem się więc jak najmniej w nim przebywać. Potrzebowałem wolności, której bardzo mi brakowało. Zwłaszcza w tak młodym wieku. Mieszkając w jednym pokoju z rodzicami, ciężko tej wolności zaznać. Przebywanie na sali gimnastycznej zacząłem zamieniać na towarzystwo kolegów, którzy byli moją odskocznią od problemów. Nie sądziłem jednak wtedy, że zmieniając kierunek spędzania wolnego czasu, zbliżam się ku przepaści…

Swój pierwszy maraton przebiegłem zaledwie po 10 miesiącach od trafienia do ośrodka z czasem 3 godzin 56 minut.

Narkotyki, które pojawiły się w moim życiu i całkowicie zdominowały je przez kolejnych 14 lat, zrujnowały mnie całkowicie. Nie byłem okazjonalnym narkomanem, a nałogowym ćpunem. Żeby zdobyć towar lub pieniądze na jego zakup, byłem gotowy na wszystko. Liczyło się tylko to, żeby przyładować. Włamywanie się do aptek po morfinę było obowiązkowym punktem każdego tygodnia. Kiedy jednak dowiedzieliśmy się, że narkotyki możemy sami produkować wykorzystując do tego mak – poczuliśmy niesamowitą ekstazę. Narkotyki przysłaniały nam wszystko – konflikt z prawem czy wręcz igranie z własnym życiem nie było żadną przeszkodą. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Tym sposobem, wielokrotnie trafiałem do aresztu czy na oddział psychiatryczny. Nie było dla mnie ratunku, dopóki sam nie chciałem sobie pomóc. Dla kogoś, kto dziennie potrafił wypalić 100 papierosów i wprowadzić w swój organizm blisko 20 cm heroiny – życie nie ma prawa trwać zbyt długo. Nawet w tym pieprzonym uzależnieniu chciałem być najlepszy. W końcu jednak przyszedł kres. Wiedziałem, że jeśli tego nie przerwę – przyjdzie dzień, w którym przedawkuję i umrę.

Podczas pobytu w więzieniu, usłyszałem w radiu, że Marek Kotański otwiera ośrodek dla narkomanów. Leczenie w nim nie miało polegać na szprycowaniu lekami i tym całym szpitalnym rygorze. Głównym lekarstwem miała być wolność. Poczułem, że muszę się tam dostać. Wolność była tym, czego od najmłodszych lat szukałem. To wolność uratowała i odmieniła moje życie…

Czternaście lat w totalnym uzależnieniu od narkotyków wielokrotnie mogło doprowadzić mnie do śmierci. Kiedy w wieku 29 lat trafiłem na leczenie do wrocławskiego Monaru – byłem wrakiem człowieka. Ważyłem niespełna 50 kilogramów. Moje ciało całe było pokryte bliznami i śladami po igłach. Wiedziałem, że po 6 miesiącach starań, aby się tam dostać, nie mogę zmarnować otrzymanej szansy. Kolejnej mógłbym się już nie doczekać.

Jednym z zajęć terapii było bieganie. Już pierwszego dnia bijący dzwon oznaczał, że idziemy biegać. Stałem tak w tych drelichach, butach jakie miałem na nogach i zacząłem swój pierwszy bieg. Właściwie, to więcej szedłem niż biegłem. 1700 metrów było dla mnie jakimś niewyobrażalnym i morderczym dystansem. Wielokrotnie wymiotowałem krwią – to była reakcja mojego skrajnie wyniszczonego organizmu. Wtedy, nigdy bym nie pomyślał, że bieganie stanie się już wkrótce moją pasją. Zwłaszcza, po takim początku. Z każdym kolejnym tygodniem sprawiało mi ono jednak coraz mniej cierpień, a więcej przyjemności. Zacząłem starać się, aby w ramach nagrody móc biegać dłuższe dystanse poza terenem ośrodka. Rozwijałem w sobie tę pasję. Było to o tyle łatwiejsze, że czułem, iż mam do tego predyspozycje. Swój pierwszy maraton przebiegłem zaledwie po 10 miesiącach od trafienia do ośrodka z czasem 3 godzin 56 minut. Przecież to nie było normalne! Było jednak coś jeszcze. Bieganie dało mi wolność w zamknięciu. To, dlatego tak pokochałem tę dyscyplinę.

Mój pobyt w Monarze dał mi bardzo wiele. Oprócz otrzymania drugiego życia, dał mi w tym życiu też cel. Podczas czytania gazety w wolnym od zajęć czasie, natrafiłem na zdjęcie jakiegoś faceta. Uwieczniono go podczas wbiegania na metę z uniesionymi w geście zwycięstwa rękoma. To był Antoni Niemczak, który finiszował w ten sposób wygrywając maraton w Wiedniu. Jego widok tak mocno zadziałał na moją wyobraźnię, że aż przeszyły mnie dreszcze. Wbiegnięcie na metę tak jak on, nie było moim marzeniem. Było moim postanowieniem.

Zacząłem się zastanawiać, jak do niego dotrzeć, żeby go poznać. Udało mi się, choć sam nie wiem jakim sposobem. Musiałem bardzo tego pragnąć. Moje życie polegało właśnie na tym – jeśli czegoś bardzo pożądałem, byłem w stanie zrobić wszystko, aby to osiągnąć. (na poniższym zdjęciu podczas wspólnego pobytu z Antkiem na Hawajach w 2016 roku)

Spotkanie w domu rodzinnym Antka Niemczaka wspominam do dziś. Nie owijałem w bawełnę – już w samym progu powiedziałem kim jestem, jaką mam przeszłość i gdzie obecnie przebywam. Takie podejście zawsze mi towarzyszyło. Bycie szczerym otworzyło mi w życiu wiele drzwi i pomogło poznać wielu wspaniałych ludzi z Antkiem na czele. Zjedliśmy obiad przygotowany przez jego żonę, Natalię. Po krótkiej rozmowie, Antek wyszedł z pomieszczenia i wrócił trzymając w rękach nowiutkie buty. To był prezent dla mnie, czym kompletnie mnie zaskoczył i wzruszył. Obcy wówczas człowiek potraktował mnie jak kogoś bliskiego. Wręczając mi te buty, rzekł: „Jurek, ty zostajesz narkomanem, ale od teraz twoim narkotykiem będzie bieganie”. Po kilkudziesięciu latach od tej sytuacji, powiedział mi, że nie wierzył, iż będę w stanie biegać na najwyższym poziomie. Zaimponowało mu jednak to, że bardzo szybko chciałem coś osiągnąć. Chciałem jak najszybciej być najlepszy.

Jednak to właśnie Ultraman był moim sportowym celem, a wręcz obsesją.

Byłem człowiekiem, który miał sto pomysłów na minutę. Jeden z nich był dość szalony. Postanowiłem, że wsiądę na rower i pojadę do wszystkich ośrodków uzależnień w Polsce, aby na swoim przykładzie pokazać innym narkomanom, że z tego syfu da się wyjść. Uważam, że w życiu wszystko dzieje się po coś. Podczas pobytu na drugim końcu kraju, w jednej z gazet zauważyłem informację o organizowanych zawodach triathlonowych w niewielkiej miejscowości Płaczewo. Nie zastanawiałem się długo. Stwierdziłem, że to dobry czas, aby się sprawdzić, zwłaszcza że od 2 lat trenowałem codziennie.

Nie był to wprawdzie od razu dystans Ironman. Do pokonania było „zaledwie” 700 metrów pływania, 20 kilometrów jazdy rowerem i 5 kilometrów biegu. Jak się później okazało – całe szczęście, że dystans nie był dłuższy. Kiedy zapisywałem się u organizatorów jako uczestnik, patrzyli na mnie prześmiewczo, zwłaszcza widząc mój rower. Był bardzo obładowany z racji mojej podróży po Polsce. Oczywiście w żaden sposób mnie to nie zraziło. Pamiętam ich reakcję na moje słowa, że trenuje mnie sam Antoni Niemczak, a w chwili obecnej mam za sobą ponad półtora tysiąca kilometrów przejechanych na rowerze. Zgodzili się abym wystartował i już następnego dnia, razem z około trzydziestoma innymi osobami rozpoczęliśmy zmagania. W wodzie szybko przekonałem się, że jednak nie umiem pływać, choć wcześniej uważałem, że jestem w tym dobry. Z powodu złej techniki bardzo szybko opadłem z sił i drugą część dystansu płynąłem żabką lub na grzbiecie. W dzisiejszych zawodach pływanie na grzbiecie jest zabronione, ponieważ jest to oznaka wzywania pomocy. Śmieję się, że były to dosyć samotne zawody. Po wyjściu z wody nikogo już nie było. Liczyłem, że nadrobię w moich mocniejszych konkurencjach. Jednak zbyt ciężki rower, który przygotowany był do zupełnie innego celu – skutecznie uniemożliwił mi pogoń. Na kolejnej zmianie wciąż nikogo przed sobą nie widziałem. W biegu, który był moją najsilniejszą stroną, niewiele już zdziałałem. Zrozumiałem, że moje bieganie w porównaniu z umiejętnym połączeniem wszystkich trzech dyscyplin to zupełnie inna bajka. Zawody ukończyłem jako jeden z ostatnich. Dla mnie istotne było jednak to, że dotarłem do mety i zrobiłem to z ogromną radością i poczuciem spełnienia. Właśnie wtedy zakochałem się w triathlonie.

osobiscie.pl | Podczas spotkania z młodzieżą w Wieluniu – wrzesień 2018

W tamtych czasach moją biblią wiedzy o triathlonie były publikacje Dave’a Scotta, który o tej dyscyplinie wiedział chyba wszystko. Wygrał najbardziej prestiżowe zawody na Hawajach aż 6 razy. Mieliśmy także kontakty międzynarodowe, dzięki którym podpatrywaliśmy jak trenuje się za granicą. Nie wiedzieliśmy, czy robią to dobrze czy nie. Wychodziliśmy z założenia, że skoro oni tak trenują – my także powinniśmy. Byłem bardzo ufny w tych kwestiach. Sam również poszukiwałem wiedzy. Miałem przetłumaczoną publikację pewnej pani profesor, z której wyczytałem o skuteczności ziemniaków czy kalafiora w diecie. Po wysiłku fizycznym siedziałem więc i zajadałem się, nie wiedząc do końca czy robię dobrze. O kimś takim jak dietetyk, wtedy nawet nie myślałem. Miałem także swoje kontakty ze szkoleniowcami jak np. Jacek Szczur – świetny trener kolarstwa. Na triathlonie nie znał się kompletnie, ale ułożył mi takie plany treningowe, że jak skonfrontowałem je z trenerami triathlonu, okazały się być bardzo skuteczne. Mówił wprost: „nie znam się na tym, ale według mnie tu powinieneś mieć pływanie, tu powinieneś zrobić mini triathlon, a później długie wyjeżdżenie rowerem”. Dziś z perspektywy czasu uważam, że to było super. Wcześniej bowiem każdy trener skupiał się wyłącznie na swojej dyscyplinie, a nie na ich połączeniu.

Triathlon pochłonął mnie całkowicie. Stał się moim nowym narkotykiem. Starałem się czerpać wiedzę z każdego możliwego źródła. Interesowałem się wszystkim, co go dotyczyło. Na jednej z przepustek natrafiłem na ulotkę o zawodach Ultraman organizowanych na Hawajach. Bardzo prestiżowe zawody trwające 3 dni. Na wyobraźnię dodatkowo działały piękne okoliczności przyrody, błękitne niebo, skały, ocean. To były migawki z Hawajów, jakie miałem. Postawiłem sobie za cel, żeby tam pojechać i wystartować. Stało się to moim największym marzeniem, pod któremu postanowiłem podporządkować swoje życie. Kiedy zacząłem osiągać coraz lepsze wyniki, przestano mnie już traktować jak narkomana, a poważnego rywala. Wszystkie starty przez kolejne lata były bardzo ważne, jak choćby zawody w Szczecinie w 1988 roku, w których pokonałem legendę polskiego triathlonu, Staszka Zajferta. Jednak to właśnie Ultraman był moim sportowym celem, a wręcz obsesją.

Archiwum Prywatne | Podczas zawodów Double Ironman ścigałem się na rowerze otrzymanym w prezencie od Czesława Langa

Po braku odpowiedzi na wysyłane przeze mnie formularze zgłoszeniowe, dowiedziałem się, iż uczestnictwo w Ultraman możliwe jest wyłącznie dla osób mających na swoim koncie wyczyn, który przekonałby do siebie organizatorów. Moje sukcesy, z których osobiście byłem ogromnie dumny, na Hawajach nie robiły na nikim wrażenia. Stwierdziłem więc, że pokażę im kim jest Górski i co potrafi. W 1989 roku postanowiłem zorganizować zawody, w których będę jedynym uczestnikiem. Kilkudniowe przygotowania nad organizacją, wymierzanie dystansów odpowiadających tym na Hawajach, zamknięcie ruchu na wyznaczonych ulicach, zorganizowanie sędziów mierzących czas, aby uwiarygodnić wyniki. Taki właśnie byłem. Jak na coś się uparłem, to nie było silnych którzy odwiedliby mnie od tego pomysłu, choćby był on najbardziej absurdalny na świecie. Przez trzy dni brałem udział w swoim polskim Ultramanie. Wszystkie etapy ukończyłem z łącznym czasem 25:13:49. Po analizie wyników, okazało się, że zrobiłem najlepszy rezultat tego roku w Europie i drugi na świecie! Kazałem jak najszybciej przetłumaczyć niezbędne dokumenty i wysłać organizatorom. Czułem, że  sam wystawiłem sobie właśnie przepustkę do Stanów! Mijały jednak dni, miesiące, a USA nie odpisywało…

Sport nie składa się wyłącznie ze zwycięstw wynikających z zajęcia pierwszego miejsca. Składa się z przegranych, z przezwyciężania tego, co człowiek ma po drodze.

Ultraman był wciąż najważniejszym celem w mojej głowie. Wszystkie zawody, wszystkie wygrane po drodze, miały dać mi doświadczenie, które wykorzystam. W 1990 roku mój wówczas już przyjaciel, Antek Niemczak, zaprosił mnie do Kolorado, gdzie sam dosłownie zdążył przybyć i rozpakować walizki. Chętnie skorzystałem z tej propozycji. Bez większych problemów otrzymałem wizę do Stanów, co wówczas nie było wcale takie oczywiste. Każdemu, kto później pytał jakim cudem ją otrzymałem, odpowiadałem: „zacznij uprawiać triathlon”. Do dziś pamiętam słowa Antka, którymi przywitał mnie na lotnisku. „Właśnie spełniam swoją obietnicę”. Przypomniało mi się, jak przed kilkoma laty powiedział, że zrobi ze mnie Mistrza Świata. Zaczęliśmy ostre treningi. Pierwszym sprawdzianem, jaki na mnie czekał był start w zawodach The Western States 100-Mile Endurance Run, czyli tzw. „Bieg Śmierci”. Dystans wynosił 100 mil. Nie bardzo rozumiałem, czemu wybrał akurat takie zawody. Dopiero po latach dowiedziałem się, że miała to być dla mnie jednocześnie nagroda oraz sprawdzian mojego charakteru.

Zbliżał się czas zawodów. Z ulotki od organizatorów dowiedziałem się o śmiertelnych przypadkach podczas tego biegu. Zrozumiałem, dlaczego nazywają go najtrudniejszym biegiem świata. Przekonałem się o tym także na własnej skórze. Żar lejący się z nieba spalił ją całkowicie. Głowa w tym upale przestała funkcjonować, przypominając mi demony z przeszłości. Tempo jakie narzuciłem od samego początku – 100 kilometrów przebiegniętych w 10 godzin, doprowadziło moje mięśnie i cały organizm do skrajnego wyczerpania. Do tego buty, które okazyjnie kupiłem za 50 marek w Niemczech, wymarzone „najki”, okazały się być w różnych rozmiarach, przez co jedna stopa strasznie mi spuchła. Nie zastanawiając się długo, odciąłem czubek zbyt ciasnego buta, aby móc wyprostować palce. To, co stało się z moimi stopami na kolejnych kilometrach niejednego zdruzgotałoby na sam widok. Żwir i kamienie, których pełno były na trasie, wpadały wprost w otwarte rany. Koszmar. Modliłem się do Boga, żeby w ogóle ukończyć te zawody. Warunkiem, żeby nie zostać zdyskwalifikowanym, było przekroczenie linii mety w czasie poniżej 30 godzin. Przez ostatnie kilometry nie byłem już w stanie biec. Po stromych wzgórzach schodziłem tyłem, podpierając się znalezionym gdzieś kijem.  Do mety dotarłem resztkami sił. Przekroczyłem ją po nieco ponad 28 godzinach. Z listy 420 startujących, 211 finalnie ukończyło bieg. Ja zająłem 140 miejsce. Ze wzruszenia poleciał mi strumień łez po twarzy. Kolejny raz wygrałem swoje życie…

Moja forma sportowa była fantastyczna. W połączeniu z charakterem, czułem się mocny i gotowy na kolejne wyzwanie, którym był Podwójny Ironman w Alabamie. Przepustka, która miała pozwolić mi spełnić największe marzenie i cel – wyjazd na Hawaje. Zawody w Alabamie w tamtym czasie uznawane były za nieoficjalne Mistrzostwa Świata. W szranki stanęło tam kilkadziesiąt osób, najlepszych na tym dystansie. Wynosił on 7,6 km pływania, 360 km roweru i 84 km biegu. Na godzinę przed rozpoczęciem zawodów, gdy inni już rozgrzewali się od dłuższego czasu, przygotowywali taktykę, ja jeszcze spałem w swoim samochodzie. Czułem się piekielnie mocny. Podczas pływania, przypominałem sobie mój pierwszy triathlon, w którym po 350 przepłyniętych metrach nie miałem już sił. Uśmiechnąłem się w głębi. Teraz, świadomie nie forsowałem tempa utrzymując dystans do zawodników będących przede mną. Miałem plan, którego musiałem się trzymać. Z wody wyszedłem na trzecim miejscu, tracąc do lidera 30 minut. Prowadził Amerykanin, który kilka lat wcześniej był w pływackiej kadrze olimpijskiej, więc nie miałem z nim żadnych szans. Podczas jazdy rowerem wyprzedził mnie kolejny zawodnik. Przyszedł kryzys, o co na takim dystansie nietrudno. Kiedy poprosiłem o coś innego do jedzenia, mając już dosyć wszelkich energetycznych papek – podano mi termos, z którego po odkręceniu pokrywki dotarł do mnie dziwnie znajomy zapach… Rosół! Ktoś z Polonii mieszkającej w Stanach pamiętał o moich prośbach, przygotowując mi polskie tradycyjne danie. Nigdy nie zapomnę tego smaku, który wtedy dał mi ogromnego kopa. Przed ostatnią, moją najmocniejszą konkurencją, zajmowałem 4 miejsce. Miałem idealnie ułożony plan. Amerykanie, którzy byli przede mną, nie wytrzymali tempa i udało mi się ich prześcignąć. W walce o pierwsze miejsce pozostałem tylko ja i Niemiec. Kiedy minąłem swojego ostatniego rywala i do mety pozostało około 10 kilometrów, wiedziałem już, że nie ma szans mnie dopaść. Oboje byliśmy skrajnie wyczerpani i tak naprawdę ostatnie kilometry pokonywaliśmy marszem. Na swój widok podczas mijania się na pętlach, wykrzesywaliśmy z siebie resztki sił i udawaliśmy bieg, aby pokazać ile jeszcze mamy siły. Moja wyobraźnia pracowała bardzo mocno, zacząłem wizualizować swoją radość, dumę mojej mamy, dumę całego środowiska z Monaru we Wrocławiu. Wpadłem na metę z rękoma uniesionymi ku niebu, jak mój przyjaciel Antek Niemczak przed laty w Austrii. O moim sukcesie dowiedział się jadąc pociągiem. Tym razem to on ujrzał w gazecie zdjęcie faceta z rękoma uniesionymi w górę. Spełniłem swoje postanowienie. Wbiegłem na metę jak Antek i zostałem nieoficjalnym Mistrzem Świata!

Archiwum Prywatne | Podczas dekoracji za zwycięstwo w Double Ironman w Alabamie

Na zaproszenie z USA do udziału w Ultramanie po takim sukcesie, nie musiałem długo czekać. Wreszcie to organizatorzy zabiegali o mnie! O wyjazd na Hawaje musiałem jednak jeszcze trochę powalczyć… Przez kolejne trzy lata z powodu różnych kontuzji, nie mogłem wziąć udziału w tych zawodach. W 1994 roku byłem w fantastycznej dyspozycji, miałem za sobą kilkanaście startów na dystansie Ironmana, byłem gotów wystartować i pokazać światu na co mnie stać. Udziału w Ultramanie nie rozpatrywałem już jako marzenia. Czułem się już jego uczestnikiem. Jednak przebywając na Węgrzech z kadrą juniorów, których byłem opiekunem, uległem wypadkowi. Podczas sprawdzania trasy rowerowej, zostałem potrącony przez pędzący samochód. Złamana szczęka, bark, obojczyk, łopatka i do tego obrzęk mózgu. Odzyskałem świadomość dopiero po 4 dniach. Kiedy się obudziłem, nie mogłem nawet ruszyć ręką. Przekląłem na cały głos: „ Kurwa! Znowu nie pojadę na Hawaje!”. Dookoła mnie obcy ludzie pieprzyli coś po węgiersku. Nic nie rozumiałem. Pomyślałem, że muszę stamtąd uciec jak najszybciej. Cały czas miałem w głowie myśli o powrocie do kraju i rozpoczęciu treningów. Lekarze jednak kategorycznie mi tego zabraniali. W szpitalach na rehabilitacji spędziłem kilka miesięcy. Wkrótce w tajemnicy przed wszystkimi wznowiłem treningi, pomimo, że wciąż ledwo stałem na nogach. Moja determinacja była tak ogromna, że nie liczyłem się z własnym zdrowiem. Najważniejszy był obrany cel.

Archiwum Prywatne | Medal za moje najcenniejsze sportowe zwycięstwo – Double Ironman

1995 rok. W końcu się udało. Lecę na Hawaje. Kiedy przekracza się w ciągu 11 godzin wszystkie strefy czasowe, na aklimatyzację potrzeba minimum 10 dni. Ja przyleciałem w środę, a zawody odbywały się 2 dni później. Dodając do tego mój wciąż opłakany stan zdrowia po wypadku na Węgrzech, wiedziałem, że tylko cud może sprawić, że ukończę ten wyścig. Musiałem spróbować. Po 10 latach, odkąd w moje ręce trafiła ulotka, po wielokrotnych wizualizacjach tego celu, po podporządkowaniu całego życia pod te konkretne zawody, po 4 latach zapraszania mnie przez organizatorów i po tym cholernym wypadku, udało mi się tu w końcu dotrzeć. Wiedziałem, że liczy się tylko to, co TU i TERAZ. Miałem przed sobą dystans 10 km pływania, 421 km jazdy rowerem oraz 84 km biegu. Niewyobrażalne dla zdrowego człowieka, a co dopiero dla faceta, który 14 lat swojego życia był ćpunem, a do tego ledwie co lekarze poskładali go po poważnym wypadku. Ale taki właśnie jestem. Taki jest Jurek Górski – zawsze pod prąd, zawsze na maksa.

Pływanie poszło mi całkiem nieźle. Podczas jazdy rowerem, do której byłem kompletnie nieprzygotowany sprzętowo, pękła mi jedna szprycha, po chwili druga. Rower był w rozsypce, a kolejnego dnia musiałem na nim toczyć dalszą rywalizację. Nie mam pojęcia jak, ale udało mi się dotoczyć do końca trasy. W trzecim dniu rozpoczęło się bieganie. Przede mną podwójny maraton. Czułem się nieźle. Ruszyliśmy. Kilometr za kilometrem. Coraz większe słońce. Zlekceważyłem je kolejny raz nie smarując się żadnym kremem z filtrem. Pamiętam, jak jakiś Japończyk na trasie mówił do mnie: „keep with me”. Pobiegłem z nim chwilę, ale nie bardzo już mogłem. Nie miałem sił, żeby dotrzymać mu tempa. Po 30 kilometrze wyszedł brak wytrzymałości. Brak kondycji, której nie mogłem mieć nie będąc w poważnym reżimie treningowym przez cały ostatni rok od wypadku na Węgrzech. Podczas biegu mówiłem do siebie: „już niedaleko, jeszcze tylko 50 kilometrów”. „Jeszcze tylko 40”. „Jeszcze tylko 30”. To głowa zaprowadziła mnie na metę. Dziesięć lat myślenia o tym i nareszcie się udało. Nareszcie koniec walki. Sam się dziwiłem, jakim cudem ukończyłem ten wyścig. Jakim cudem przetrwałem. Niosło mnie to, co miałem w głowie przez wiele, wiele lat. Stanąłem na mecie trzeci od końca. Ale to ja zwyciężyłem. Odniosłem swoje własne zwycięstwo…

Archiwum Prywatne | 1995 r., Hawaje – podczas spełniania mojego największego marzenia

Sport nie składa się wyłącznie ze zwycięstw wynikających z zajęcia pierwszego miejsca. Składa się z przegranych, z przezwyciężania tego, co człowiek ma po drodze. Zwycięstwo Double Ironmana w Alabamie zawsze będzie dla mnie najważniejsze w sensie sportowym. Jednak ukończenie „Biegu Śmierci” czy dystans Ultraman, gdzie przez 3 dni walczyłem z samym sobą – to jest moje MISTRZOSTWO. Mój Everest. Każdy może być mistrzem w tym co robi i wcale nie potrzeba mieć do tego tytułu Mistrza Świata. Najważniejsze to mieć marzenia i je realizować.

Pytanie, czy ja się zmieniłem? Nie, ja się nie zmieniłem. Dalej jestem narkomanem, tylko innego życia. Życia sportowca, w którym nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa…

Znaczek
Jerzy Górski 29.10.2018
Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce.