Mój Mundial

Paweł Kryszałowicz | 04.10.2018 abacapress.com / newspix.pl

Mistrzostwa Świata w piłce nożnej to najważniejsza sportowa impreza na świecie. Wydarzenie, które jest marzeniem każdego piłkarza. Wydarzenie, na które z niecierpliwością czekają kibice. Wydarzenie, które może zmienić w życiu piłkarza wszystko. Zaprowadzić go na szczyt lub zepchnąć w przepaść.

Nadzieje, jakie wiążemy jako naród przed takim turniejem często przysłaniają nam realny obraz. Tworzymy w myślach inną rzeczywistość niż ta, w której się znajdujemy. Tak było i w tym roku – na Mistrzostwach Świata w Rosji. Kurz po dotkliwej porażce jeszcze nie opadł, eksperci i dziennikarze nadal próbują rozłożyć na czynniki pierwsze elementy, które zawiodły. Czekaliśmy 12 lat, aby ponownie awansować na Mundial, a wszelkie nadzieje i oczekiwania już po pierwszych dwóch meczach przestały mieć znaczenie. Po porażce 0:3 z Kolumbią wiedzieliśmy, że swój udział kończymy na fazie grupowej. Scenariusz, który był mi doskonale znany…

O udziale w Mistrzostwach Świata opowiedzieć mogą nieliczni. Mam to szczęście, że jestem w tym gronie.

Ja też to przeżyłem, awansując z reprezentacją po 16 latach na Mundial. Wiem jak to jest, kiedy oczy całego kraju są skierowane na grupę 23 piłkarzy, wobec których są ogromne oczekiwania i nadzieje. Wiem co to znaczy te nadzieje zawieść. Wiem, bo przez całą karierę ciężko pracowałem, by dostąpić tego zaszczytu i zostać reprezentantem Polski. Podporządkowałem swoje życie piłce nożnej i występ w Korei był nagrodą za wyrzeczenia i wysiłek, które towarzyszyły mi na każdym kroku. O udziale w Mistrzostwach Świata opowiedzieć mogą nieliczni. Mam to szczęście, że jestem w tym gronie.

Gdy zaczynałem kopać piłkę jako dziecko, a później w Gryfie Słupsk – nie przyszło mi do głowy, że zostanę zawodowym piłkarzem. Tym bardziej reprezentantem Polski. Moje losy jednak tak się potoczyły, że moja pasja stała się zawodem. Udało mi się pozostać zapamiętanym w kilku klubach, a gra z orzełkiem na piersi spowodowała, że mogę śmiało stwierdzić, iż jestem piłkarzem spełnionym.

Gra dla reprezentacji Polski jest marzeniem każdego, świadomego już piłkarza. Żeby do niej trafić, oprócz umiejętności, potrzeba także szczęścia. Musisz przecież wpisać się w koncepcję selekcjonera, by ten widział dla Ciebie miejsce. Powołanie na mecz eliminacji do Euro 2000 przeciwko Szwecji, było dla mnie ogromnym zaszczytem. Skłamałbym, mówiąc iż nie liczyłem na nie. Byłem w przysłowiowym gazie, szalałem w europejskich pucharach, od blisko 5 lat grałem w Ekstraklasie – gdzieś podświadomie pojawiła się myśl, że to ten moment, w którym powołanie jest realne. Znalezienie się w jednej szatni z piłkarzami, którym przed laty kibicowałem na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie – Piotrkiem Świerczewskim, Tomkiem Wałdochem czy Markiem Koźmińskim – było dla mnie ogromnym przeżyciem. Byłem debiutantem, którego powołano na tak istotny mecz – mający decydować o tym, czy zagramy w barażach do ME w Belgii i Holandii. Nerwy i spory stres to delikatne określenie tego, co czułem. Na boisku pojawiłem się w 82 minucie i nie udało mi się odmienić losów tego spotkania. Przegraliśmy 2:0 definitywnie żegnając się z marzeniami o Euro 2000. Mimo porażki, liczyłem że debiutem w kadrze zaczynam nowy rozdział swojego piłkarskiego życia.

Udało mi się na dobre zadomowić w reprezentacji – prowadzonej już pod wodzą Jerzego Engela. Doczekałem się w końcu swojego pierwszego gola – w meczu towarzyskim przeciwko Holandii, który przegraliśmy 1:3. Naszym głównym celem był oczywiście awans na Mundial w Korei i Japonii w 2002 roku. Polska reprezentacja nie uczestniczyła w tych rozgrywkach od 16 lat. Przez eliminacje szliśmy jak burza. Strzeliłem ważnego gola w meczu z Walią na 2:1, który był moim pierwszym trafieniem w meczach o punkty. Zapewnił nam wówczas wygraną. Nie przegraliśmy żadnego z pierwszych siedmiu spotkań. To siódme było jednym z ważniejszych w mojej karierze…

Marek Biczyk / newspix.pl | Moja radość po zdobyciu bramki z Norwegią

1 września 2001 roku. Stadion Śląski w Chorzowie. Na trybunach 42 500 kibiców. Miliony przed telewizorami. Wiedzieliśmy o co gramy. Dodatkowo ta data – 1 września. Każdy z nas miał świadomość jak istotny to dzień dla Polski i jej historii. Na odprawie trener zamiast tradycyjnej przemowy, puścił nam krótki film o początku wojny. Jerzy Engel był mistrzem tego typu niestandardowych motywacji. W pełnym skupieniu, w ciemnym pomieszczeniu – obejrzeliśmy go, po czym w ciszy rozeszliśmy się do swoich pokojów. Zanim jednak wyszliśmy z sali odpraw, trener spojrzał na nas wymownie, mówiąc: „Widzę, że wiecie co macie zrobić”. Czuliśmy, że to coś więcej niż mecz eliminacyjny. Czuliśmy, że mamy postawić stempel na długoletnim procesie, którego byliśmy ostatnimi wykonawcami.

W dniu meczu widzieliśmy tłumy kibiców z flagami, wymalowanych w barwy narodowe. Wszyscy byli gotowi i pełni wiary, że tego dnia po 16 latach przerwy zakwalifikujemy się na Mundial jako pierwsza europejska drużyna w tych eliminacjach.
Sam mecz, mimo końcowego wyniku – był ciężkim pojedynkiem. Od początku gra nie układała się po naszej myśli. Norweską obronę przełamaliśmy golem do szatni w 46 minucie. Golem mojego autorstwa. Najpierw w środkowej strefie rozegrałem piłkę z Radkiem Kałużnym. Następnie, po jego dośrodkowaniu i zamieszaniu w polu karnym, dopadłem do futbolówki i stojąc praktycznie tyłem do bramki – lewą nogą na długi słupek posłałem ją do siatki. Formalności w drugiej połowie dopełnili Emmanuel Olisadebe i Marcin Żewłakow, który zmienił mnie w 75 minucie. Wygraliśmy 3:0. Jedziemy na Mundial! Ogarnęła nas ogromna radość i tylko to się liczyło. Nie mieliśmy świadomości, że zapewnienie sobie awansu jako pierwsza europejska drużyna było wdmuchnięciem powietrza w balon oczekiwań, który później urósł do ogromnych rozmiarów.

Dostępu do obiektu pilnowali strażnicy uzbrojeni w karabiny maszynowe. Nawet wyjazd na trening na boisko oddalone o 200 metrów odbywał się w eskorcie policji, przy zamkniętych drogach.

Przyszedł czas na zgrupowanie w niemieckim Barsinghausen. Wiedzieliśmy, że nie jedziemy tam na wakacje. To miały być mocne treningi, które przygotują nas na najważniejszą sportową imprezę w życiu. W rzeczywistości były katorżnicze. Część chłopaków przecierała oczy z wrażenia, jak wymagające zajęcia przygotowano. Dwa razy dziennie przez 5 dni. To był blisko tydzień ciężkiej pracy, po której wręcz nie mogłem przebierać nogami. A przecież byłem przyzwyczajony do takiego wysiłku w Niemczech grając w barwach Eintrachtu Frankfurt. Dla mnie osobiście to zgrupowanie przyniosło pozytywne efekty, gdyż na Mundialu z meczu na mecz czułem się lepiej. Fizycznie byłem coraz mocniejszy. Trener Engel chciał przygotować nas na cały turniej, a z perspektywy czasu można żałować, że nie zostaliśmy przygotowani na dwa pierwsze spotkania… Oczywiście żadnemu z nas nie przyszło do głowy, żeby zaprotestować przeciwko tak mocnym treningom. Piłkarz jest od tego, aby polecenia trenera wykonywać. Musi mu w stu procentach ufać. Gdyby każdy zawodnik przychodził zgłaszać swoje wątpliwości, to byłby dopiero problem. Dziś, będąc prezesem Gryfa Słupsk, mam w swojej drużynie 22 piłkarzy, więc gdyby każdy z nich przyszedł ze swoimi uwagami – miałbym ich 22. Staram się więc chłopakom wyjaśnić, że w pewnych aspektach muszą zaufać sztabowi trenerskiemu i zająć się pracą na treningach.

Znalazłem się w 23-osobowej kadrze, która została powołana na Mistrzostwa Świata. Zabrakło w niej miejsca dla Tomka Iwana, który co tu ukrywać – był ważną częścią drużyny w eliminacjach. Dzięki niemu zdobyliśmy kilka cennych punktów. Naturalnie każdy z nas szanował decyzje podejmowane przez selekcjonera, jednak jako grupa odebraliśmy negatywnie tę sytuację. Zwłaszcza, że koszulki i numery były już wcześniej przydzielone. Atmosfera w drużynie popsuła się znacząco, a moim zdaniem wtedy był to bardzo ważny aspekt, który mógł pociągnąć nas do dobrych wyników. Nie mieliśmy wybitnych jednostek, które w pojedynkę mogły przesądzić o wyniku meczu. Nawet Olisadebe, który strzelał dużo bramek, bez zespołu nie istniał. Wprawdzie dziś z Olim nie utrzymujemy już kontaktu, ale miło wspominam jego występy z orzełkiem na piersi. Był to pierwszy naturalizowany Polak, który swoją jakością piłkarską dał olbrzymią wartość drużynie oraz wiele radości kibicom. Szkoda, że kolejni, którzy nabywali polskie paszporty, nie potrafili pozytywnie zapisać się w historii naszego futbolu.

Do Korei przylecieliśmy jako pierwszy z uczestników. Byliśmy zamknięci w ośrodku, do którego nikt nie mógł wejść, ani z niego wyjść bez przepustki. Nasze jedyne wypady poza hotel to wizyta w centrum miasta oraz w klasztorze. Dostępu do obiektu pilnowali strażnicy uzbrojeni w karabiny maszynowe. Nawet wyjazd na trening na boisko oddalone o 200 metrów odbywał się w eskorcie policji, przy zamkniętych drogach. Pokój dzieliłem z Jackiem Krzynówkiem, z którym przyjaźnimy się do dziś i często spotykamy całymi rodzinami. Krzynek, jak nazywam Jacka – do dziś śmieje się, że przespałem Mundial. Spanie było jednym z tych zajęć, którym w Korei oddawałem się najwięcej.

Niestety krótko po przylocie, trenera Engela oraz mnie dopadła alergia. Na naszych ciałach pojawiły się czerwone plamy, więc pobyt na miejscu zaczęliśmy od wizyty w szpitalu. Podano nam leki, w których była niewielka ilość niedozwolonych substancji, na co FIFA musiała wyrazić najpierw zgodę. Okazało się, że całemu zamieszaniu winna była roślina, która rosła w okolicy naszego hotelu. Jurek Dudek w swojej książce pisze, że grałem na prochach, bo podane nam wtedy leki działały przez ponad 3 tygodnie.

O tym, kto wystąpi w podstawowym składzie zawsze dowiadywaliśmy się na dzień przed meczem. Jerzy Engel przychodził do naszych pokojów i oznajmiał obecność w wyjściowej jedenastce. Usłyszałem od selekcjonera, że liczy na mnie,  ale zacznę spotkanie z Koreą na ławce. Zawsze starałem się być piłkarzem, który nie dyskutuje z trenerem i szanuje jego decyzje. Skłamałbym jednak mówiąc, że nie poczułem się z tym wyborem źle. Do dziś mówi się o mnie jako o ‘człowieku Engela’, ponieważ grałem wszystkie mecze eliminacji, a w najważniejszym spotkaniu posadził mnie na ławce.

Sam mecz to ogromna chęć pokazania się i zwycięstwa. Niebywały kocioł na trybunach nie pomagał. Trener próbował nas na to przygotować. Odtwarzał na odprawach materiały filmowe pokazujące szaleństwo, jakie ma miejsce w Korei podczas spotkań tamtejszej reprezentacji. Niestety nie pomogło. Ciśnienie było zbyt wielkie. Graliśmy w wielu meczach na różnym poziomie, jednak presja i oczekiwania tym razem były ogromne.

Taktyka – jej też nie udało się zrealizować. Mieliśmy grać długie piłki na Kałużnego, gdy tylko Koreańczycy będą pod nas podchodzić. Nie podchodzili, a my mimo to posyłaliśmy piłki przez całe boisko. Walki w powietrzu i tak nie szło wygrać, bo sędzia nie widział wskakiwania na plecy naszych ofensywnych graczy czy uderzeń, które otrzymywali, gdy tylko udało się oderwać nogi od ziemi by powalczyć w powietrzu. Gol stracony w 26 minucie wprowadził jeszcze większą niepewność w nasze poczynania. W przerwie trener zadecydował, że wejdę na boisko zastępując Macieja Żurawskiego. Musiałem więc szybko opanować emocje, które mi towarzyszyły. Skupiliśmy się na podsumowaniu błędów z pierwszej połowy i nakreśleniu pomysłu na drugie 45 minut. Niestety nie udało się odmienić losów spotkania. Drugi gol z 53 minuty ustalił końcowy wynik. Nasz mecz otwarcia okazał się ścianą, z którą boleśnie się zderzyliśmy.

Mecz z Portugalią zacząłem w podstawowym składzie, ponieważ trener Engel postawił na grę ofensywną z trzema napastnikami. Mieliśmy świadomość, że od wyniku tego spotkania zależy nasze być albo nie być na tej imprezie. Jak się to skończyło, każdy pamięta. Nawet mój nieuznany gol przy stanie 1:0 dla rywali pewnie niewiele by zmienił. Tego dnia Portugalia pokazała wyższość w każdym aspekcie gry, demolując nas aż 4:0. Po takiej klęsce i świadomości, że mecz z USA kończy nasz pobyt w Korei – nie było łatwo się pozbierać. Z drugiej strony, zeszło z nas ciśnienie i presja, która niewątpliwie była w naszych głowach. To w głowach przegraliśmy ten Mundial. Mecz ze Stanami Zjednoczonymi dla mnie osobiście pozostanie na zawsze w pamięci. Strzelona bramka na takim turnieju, pozwoliła mi jako piłkarzowi na stałe zapisać się w historii Mistrzostw Świata. Udowodniliśmy, że naszej drużynie nie brakowało piłkarskiej jakości. Potrafiliśmy od samego początku przycisnąć Amerykanów i zdecydowanie z nimi wygrać. Szkoda, że dopiero w meczu o honor pokazaliśmy się całemu światu, jako zespół skutecznie grający w piłkę.

I to właśnie po wielu latach od zakończenia kariery sportowej, przyszło mi rozgrywać najważniejszy mecz. Mecz o życie.

Moja kariera reprezentacyjna to 33 spotkania w biało-czerwonych barwach i 10 strzelonych goli. Mam ogromną satysfakcję z tych liczb. Zwłaszcza, że większość z tych bramek miała swoje znaczenie. Wspomniany gol z USA, gol otwierający wynik meczu z Norwegią, w którym zapewniliśmy sobie awans na Mundial czy zwycięski gol z Walią, dający nam w eliminacjach 3 punkty. Do tego 4 trafienia przeciwko Wyspom Owczym. Tyle bramek w jednym meczu stawia mnie w szeregu obok Włodzimierza Lubańskiego czy Roberta Lewandowskiego. Czuję więc zaszczyt, będąc wymienianym w gronie tak wspaniałych piłkarzy. W dzisiejszych czasach miałbym w gablocie piłkę z tego spotkania, co stało się tradycją po ustrzeleniu hat-tricka. Wtedy jednak nie praktykowało się tego zwyczaju, zwłaszcza że sprzęt po każdym meczu trzeba było zdawać.

osobiscie.pl | Podczas leczenia w Centrum Onkologii w Bydgoszczy

Piłka dała mi wiele radości. Mogę śmiało mówić o sobie jako o spełnionym sportowo człowieku. Pasja, którą miałem w sobie od dzieciństwa, stała się moją pracą. Poznałem wielu fantastycznych ludzi, z którymi przyjaźnię się do dziś. I to właśnie po wielu latach od zakończenia kariery sportowej, przyszło mi rozgrywać najważniejszy mecz. Mecz o życie. Mecz, w którym nie biorę pod uwagę innego wyniku jak tylko zwycięstwo. Kilka miesięcy temu usłyszałem od lekarza słowa, które ścięły mnie z nóg. Rak jelita. Pierwsze trzy dni były dla mnie najcięższe. Nie chciałem z nikim rozmawiać, byłem załamany. Po tych kilku dniach postanowiłem, że się nie dam, że trzeba zebrać się w sobie i walczyć jak o każdą piłkę na boisku. W tym przypadku o każdy dzień. Poinformowanie o tej diagnozie moich najbliższych było cholernie trudnym zadaniem. Rozpoczynając leczenie nie chciałem obnosić się z tym publicznie. Namówił mnie do tego jednak mój przyjaciel Jurek Dudek, mówiąc: „zobaczysz, będzie Ci z tym łatwiej”. Miał rację. Mam wokół siebie rodzinę, wielu przyjaciół i dobrych ludzi, którzy mnie wspierają. Podczas leczenia jest wiele momentów, które zapadają w pamięć. Jednym z nich było spotkanie w moim rodzinnym Słupsku. 21 kwietnia na stadionie Gryfa zorganizowano dla mnie mecz charytatywny. Reprezentacja Polski kontra ‘Przyjaciele Kryszała’. Na trybunach 4 tysiące ludzi. Wszedłem do szatni. Byli w niej wszyscy koledzy z kadry z trenerem Jerzym Engelem na czele. W takim składzie widzieliśmy się blisko 16 lat temu. Zamurowało mnie całkowicie. Ogarnęło mnie wielkie wzruszenie i jednocześnie otrzymałem niesamowity zastrzyk energii, za który jestem bardzo wdzięczny.

Byłem pod bramką, teraz jestem w kontrze. 

Znaczek
Paweł Kryszałowicz 04.10.2018
Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce.