Kobieta w męskim świecie

Ewa Matuszewska | 20.11.2018 Basket Foto Maniak-Andrzej Romański / www.facebook.com/basketfotomaniak

Cześć, jestem Ewa. Chciałam Wam opowiedzieć o swojej drodze do bycia sędzią koszykarskim oraz o tym jak dojrzewać, uczyć się, zmieniać i nigdy się nie poddawać robiąc to, co się naprawdę kocha!

Jestem byłą zawodniczką. Zakończenie kariery juniorskiej nie przyszło mi jednak łatwo. Nie bardzo potrafiłam rozstać się ze swoją ukochaną dyscypliną. Moje marzenia o zrobieniu kariery jako koszykarka pokrzyżowały kontuzje. W trakcie rehabilitacji po rekonstrukcji więzadeł krzyżowych mój przyjaciel namówił mnie na kurs sędziowski. Miałam wtedy 18 lat i jego argumentacja w stylu „no zrób to, przynajmniej nie będziemy prosić rodziców o kasę na piwo” wówczas do mnie przemawiała. Kurs zrobiłam, pomimo że podobnie jak większość koszykarzy miałam wtedy niezbyt pochlebne zdanie na temat sędziów.

Prowadzący kurs wręczył mi książkę „Oficjalne przepisy gry w koszykówkę” i pozwolił uczestniczyć w obozie sportowym przed ostatnim juniorskim sezonem. Uczyłam się intensywnie. Niestety, chyba bez zrozumienia. Po powrocie z obozu poszłam na ostatnie zajęcia z kursu. Na trzech przykładowych testach, na 25 odpowiedzi zrobiłam odpowiednio 23, 22 i ponownie 23 błędy! Okazało się, że koszykówka wygląda zupełnie inaczej ze strony zawodnika niż z perspektywy sędziego. Nie poddałam się. Tego samego wieczoru uczyłam się i rozwiązywałam testy do 4 nad ranem. Zaliczenie egzaminu było dla mnie sprawą honoru. Lubię wyzwania. Dusza sportowca nie pozwoliła mi się poddać. Zdałam następnego dnia. Był to pierwszy raz, kiedy przekonałam się, że w tym fachu wiele zależy od tego, ile pracy włoży się w samodoskonalenie.

Przeczytaj także

W pierwszym sezonie byłam wyłącznie sędzią stolikowym. Wciąż uczyłam się w klasie maturalnej, więc na sędziowanie nie było zbyt wiele czasu. Pomimo tego, wszystkie obowiązki sędziego funkcyjnego przychodziły mi z łatwością, dzięki czemu pozwolono mi pisać protokoły na najważniejszych meczach w mieście. Zgodnie z pierwotnym założeniem, nowe zajęcie cały czas traktowałam jako dorywczy zarobek.

Adam Jastrzębowski | Rok 2006, kiedy jeszcze byłam po tej drugiej stronie na parkietach koszykarskich

Przenosząc się na studia do Trójmiasta postawiono mnie przed nieeleganckim wyborem – albo będziesz biegać po boisku, albo nie ma dla Ciebie miejsca w okręgu. Pomyślałam „ja nie dam rady?!”. Tak oto w sezonie 2007/2008 zostałam sędzią boiskowym… Tyle, że wkrótce potem odnowiła mi się kontuzja kolana i większość tego sezonu, zgodnie ze swoim cichym życzeniem, spędziłam przy stoliku.

Kolejny sezon był bardziej przełomowy. Pierwszy mecz na boisku dostałam w grudniu. Nie sprawiło mi to przyjemności. Pamiętam jedynie ogromny stres i towarzyszącą mi myśl: „czemu robię z siebie takiego głupka, biegając z gwizdkiem po boisku”. Czułam się jak idiotka… Mijały tygodnie. Przydzielono mi kilka kolejnych spotkań w najmłodszych kategoriach wiekowych. Powoli uczyłam się i przyzwyczajałam. Jednak wciąż nie odczuwałam zbyt wielkiej przyjemności z sędziowania. Nie miałam też ambicji na zawodową karierę. Aż do pewnego marcowego dnia…

Po powrocie do domu odnalazłam listę sędziów i wybrałam pierwszego, który biegał po parkietach w wysokiej klasie rozgrywkowej. Nie zastanawiając się długo wykręciłam jego numer.

Pojechałam na mecz młodziczek do Pruszcza Gdańskiego z dużo bardziej doświadczonym kolegą. Wynik zakrawał o różnicę 100 punktów, a mój kolega za punkt honoru wziął sobie odgwizdywanie wszystkiego, co choć odrobinę odbiegało od kryteriów legalności. Odgwizdywał błędy kroków z drugiego końca sali, tuż pod moim nosem. Wśród sędziów jest to raczej nielubiana praktyka, ponieważ każdy z nas ma na boisku swoje „pole” do oceniania. W rezultacie tego trenerzy, rodzice, a nawet te młode dziewczynki – wszyscy mieli do mnie spore zastrzeżenia. Nie zapomnę, jak jeden z trenerów zaczął ze mnie drwić w sposób mocno szowinistyczny. Wkurzyłam się do tego stopnia, że pierwszy raz w karierze polały się łzy wściekłości. Byłam zła na partnera, na trenerów, na siebie, na własną nieudolność oraz na niesprawiedliwość, jaką odczuwałam ze względu na płeć. Przepłakałam całą drogę do domu. Sportowa złość i poczucie, że właśnie poniosłam porażkę ponownie mnie nakręciły. Tego dnia podjęłam decyzję – ja wam wszystkim udowodnię, jak dobrym sędzią potrafię być!

Basket Foto Maniak-Andrzej Romański / www.facebook.com/basketfotomaniak | Okulary z wbudowaną kamerą to świetne narzędzie do celów szkoleniowych

Po powrocie do domu odnalazłam listę sędziów i wybrałam pierwszego, który biegał po parkietach w wysokiej klasie rozgrywkowej. Nie zastanawiając się długo wykręciłam jego numer. Po kilku sygnałach odebrał.

– „Cześć. Jestem Ewa. Nauczysz mnie sędziować?” – zapytałam.

Był zaskoczony, ale umówił się ze mną na kawę jeszcze tego samego dnia. Od kolejnego zaczęliśmy pracę. Dzisiaj wiem, że takie rzeczy praktycznie się nie zdarzają. Młodzi sędziowie zazwyczaj nie mają odwagi lub zapału, aby wykonać taki telefon.

Postępy, które robiłam z meczu na mecz dzięki pomocy, radom i wsparciu mojego mentora zaskakiwały wszystkich wokół. Mnie utwierdzały w przekonaniu, że bycie kobietą w sędziowaniu to nic trudnego. W sezonie 2010/2011 podjęłam odważną decyzję o wystartowaniu w cyklu szkoleniowym, po którym Polski Związek Koszykówki wybiera osoby gotowe do sędziowania rozgrywek 2 ligi mężczyzn i 1 ligi kobiet. Byłam najmniej doświadczonym i według wielu najsłabszym kandydatem ze swojego okręgu, a mimo to zaliczyłam egzamin wstępny i dostałam się do etapu szkolenia.

Przyświecał mi wtedy cytat kanadyjskiej feministki Charlotte Whitton – „Cokolwiek robią kobiety, muszą to robić dwukrotnie lepiej od mężczyzn – na szczęście to nie jest takie trudne.”

W tamtym okresie wiele osób starało się mnie zniechęcić. Słyszałam mnóstwo tekstów typu: „nie chciałbym z Tobą sędziować 2 ligi”, „nie jesteś gotowa”, „masz za małe doświadczenie” albo mój ulubiony „nie masz jaj, żeby sędziować męską koszykówkę”. Bardzo mnie to denerwowało i motywowało do jeszcze cięższej pracy.

Moje życie zaczęło się kręcić tylko wokół sędziowania i studiów. Kursy szkoleniowe wiązały się ze sporymi kosztami. W celu ich sfinansowania zatrudniłam się jako opiekunka do dziecka. Wstawałam i myślałam o sędziowaniu. W ciągu dnia większość czasu poświęcałam na rozważania, co zrobić, żeby poprawić ten, czy inny element. Przed zaśnięciem wizualizowałam sobie dzień, w którym awansuję. Dziecku zamiast bajek czytałam przepisy gry w koszykówkę. Zaczęłam chodzić na siłownię i biegać, żeby absolutnie nikt nie mógł zakwestionować mojej kondycji i powiedzieć, że nie nadążę za zawodnikami. Każdy słabszy mecz przeżywałam tygodniami. Kupiłam kamerę, aby nagrywać swoje zachowania na parkiecie i męczyłam wszystkich o rady, uwagi, o słowa krytyki i pochwały. Myślę, że w owym czasie wiele osób miało mnie dość 🙂

Basket Foto Maniak-Andrzej Romański / www.facebook.com/basketfotomaniak | Zjednoczone w pasji

Zdążyłam zauważyć jak mało pań biega z gwizdkiem po parkietach zarówno w Polsce i Europie oraz jak wielu mężczyzn wypowiada się o nas niepochlebnie. To wszystko mnie napędzało. Z całych sił chciałam zmienić stereotypowy obraz sędziującej kobiety. Ułożyłam w głowie plan, a awans do 2 ligi stał się tylko małym kroczkiem do ogromnego celu, jaki sobie wyznaczyłam. Przyświecał mi wtedy cytat kanadyjskiej feministki Charlotte Whitton: „Whatever women do they must do twice as well as men to be thought half as good. Luckily, this is not difficult.” („Cokolwiek robią kobiety, muszą to robić dwukrotnie lepiej od mężczyzn – na szczęście to nie jest takie trudne.”). W tamtym czasie każde małe zwycięstwo z facetem było dla mnie niczym wygranie miliona na loterii, a każda porażka to kopniak motywacyjny.

Napędzała mnie wściekłość, ponieważ ktoś, kogo nawet nie znałam uważał, że miejsce kobiety jest „przy garach, a nie na parkiecie”. Miałam skłonności do utarczek słownych i brakowało mi pokory. W trakcie meczów pochopnie rozdawałam zatrważającą ilość przewinień technicznych z powodu szowinistycznych, niegrzecznych komentarzy ze strony zawodników bądź trenerów. Ciężko radziłam sobie z własnymi błędami w trakcie meczów. Nie przyjmowałam krytyki, choć z perspektywy czasu przyznaję, że sędziowałam wtedy bardzo przeciętnie. „Młoda gniewna” – cała ja w tamtym okresie.

Pewniacy do awansu na przestrzeni sezonu popełniali błędy lub życie układało im się tak, że na finałowy egzamin pojechałam właśnie ja. Wypadłam poniżej własnych oczekiwań, ale wystarczająco dobrze, aby awansować! Niesamowite uczucie. Nagle pomyślałam, że WSZYSTKO w życiu jest możliwe.

To był moment, w którym tak naprawdę zaczęłam dorastać. Do sędziowania. Do życia. Do bycia kobietą. Do tego, co mnie motywuje. Do tego, kim chcę być. Do zrozumienia, że porażka jest częścią większego sukcesu, a życie w zgodzie z samym sobą i bycie szczęśliwą jest ważniejsze niż udowadnianie czegoś na siłę światu.

Od tamtego czasu minęło 8 lat. Po drodze pojawiały się nominacje do ekstraklasy kobiet, czy 1 ligi mężczyzn. Dziś jestem sędzią na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Polsce i nadal mam wielkie ambicje oraz marzenia. Ubiegam się o status sędziego międzynarodowego. Postęp zajmuje mi więcej czasu niż na początku kariery, ale jak powtarzał mój tata: „czekanie uczy pokory”. Cały czas pracuję, aby być nie tylko „dobra, jak na kobietę”, ale jak najlepiej wykonywać swój zawód.

Basket Foto Maniak-Andrzej Romański / www.facebook.com/basketfotomaniak | Jak widać, kobiet z gwizdkiem przybywa

Moja droga nie jest spektakularną historią, która ma pokazać, że nie ma rzeczy niemożliwych. Jest to raczej obraz zagubionej i zbuntowanej dziewczyny, która poczuła w żyłach feministyczne zapędy i zapragnęła z impetem podbić męski świat. Świat, do którego może nie do końca pasuje, ale nauczyła się w nim skutecznie odnajdować.

Kiedyś walczyłam o swoje prawa, bo przecież je mam i mogę być równie dobra jak koledzy. Przecież biegam wystarczająco szybko, mam wystarczająco dużo „jaj”, żeby podejmować trudne decyzje i dobrze znam przepisy. Dlaczego mam być traktowana inaczej? Dłuższą chwilę zajęło mi zrozumienie, że nie zmienię tego i nawet nie chcę zmieniać. Nie jestem w stanie wpłynąć na sposób myślenia innych, ale mogę zmienić swój. To nie świat jest zły, tylko moje nastawienie do świata.

Mogę robić to, co uwielbiam we własnym stylu i być może okaże się on dla kogoś wart naśladowania. Na pewno jest najkorzystniejszy dla mnie samej.

Zrozumiałam także, że to ja jestem dla meczu, a nie mecz dla mnie. Kiedyś chyba bardziej zależało mi na szumie wokół siebie, co przeczyło maksymie powtarzanej na szkoleniach, że najlepiej prowadzone spotkania, to te, po których nazwisk sędziów się nie pamięta. Dziś pragnę prezentować na parkiecie jak najlepszy serwis – niczym kelner w dobrej restauracji. Odstawiłam na bok mój bunt i feminizm, a skupiam się na jakości wykonywanej pracy. Czerpię radość ze swojej życiowej pasji. W tym miejscu chciałam podziękować Marcinowi – mentorowi, który w bardzo subtelny sposób pomógł mi radzić sobie z trudnymi emocjami i dojść do wniosków, którymi mogę się dziś z Wami podzielić.

Tak naprawdę dopiero w sezonie 2017/2018 zrozumiałam, że wcale nie chcę być taka, jak moi koledzy. Nie ma jednej i tej samej drogi dla kobiet i mężczyzn. Mogę robić to, co uwielbiam we własnym stylu i być może okaże się on dla kogoś wart naśladowania. Na pewno jest najkorzystniejszy dla mnie samej.

Sędziowanie nie jest dla wszystkich, ale życzę każdemu, aby tak samo jak ja, znalazł w życiu pasję, która daje satysfakcję, przyjemność oraz ciągły rozwój osobisty.

Znaczek
Ewa Matuszewska 20.11.2018
Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce.