Klucz do sukcesu

Szymon Sajnok | 14.11.2018 Mario Stiehl / CCC Sprandi Polkowice

3 marca 2018 roku to dzień, którego nie zapomnę do końca życia. Przekraczając linię mety na welodromie w Apeldoorn byłem bardzo zmęczony i jeszcze bardziej szczęśliwy. Zostałem przecież Mistrzem Świata w kolarstwie torowym, a dokładniej w omnium – konkurencji olimpijskiej.

Mazurek Dąbrowskiego na podium i moment, w którym zakładałem koszulkę w tęczę to najpiękniejsze chwile w mojej dotychczasowej karierze. Sukces ten, podobnie jak wszystkie inne, nie był jednak dziełem przypadku. Jest to wypadkowa kilku czynników, spośród których wymieniłbym: wszechstronność, wytrwałość, odwagę, talent od Boga, a także wielu wspaniałych ludzi jakich napotkałem na swojej drodze…

Wszechstronność

Przygodę z rowerem zacząłem od niebieskiego składaka. Był cudowny i spędzałem na nim mnóstwo czasu. Z kolegami urządzaliśmy niemal całodniowe wycieczki po mieście. Po komunii, z bólem serca zamieniłem go na „górala”, którego dostałem od taty. Okazał się równie wspaniały. Jeżdżenie dla zabawy powoli przestawało nam wystarczać, więc pewnego dnia moi znajomi poszli o krok dalej i zapisali się do lokalnego klubu – GKS Cartusia Kartuzy. Pozazdrościłem im trochę i za zgodą rodziców dołączyłem do nich. Dziś, z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że swoją karierę w dużym stopniu zawdzięczam właśnie kolegom z dzieciństwa.

Mój debiut w zawodach nastąpił po kilku miesiącach treningów. Był to rok 2008 i wyścig MTB w Elblągu. Lubię do niego wracać wspomnieniami, gdyż właśnie stamtąd przywiozłem swój pierwszy puchar za zajęcie trzeciego miejsca. Do dziś pamiętam też trasę z Elbląga. Zjazd był bardzo stromy, a ja jeszcze mało doświadczony. Z podziwem patrzyłem, jak szybko zjeżdżają moi starsi koledzy, po czym zrobiłem dokładnie to samo.

Przeczytaj także

Pierwsze większe sukcesy przyszły kilka lat później na szosie. Najpierw, wygrywając zarówno jazdę indywidualną na czas, jak i wyścig ze startu wspólnego zostałem dwukrotnym Mistrzem Polski w kategorii juniora młodszego. Mój trener Dariusz Malecki podkreślał potem, że ostatnim przede mną podwójnym złotym medalistą był Michał Kwiatkowski – późniejszy Mistrz Świata, olimpijczyk i zwycięzca Tour de Pologne.

Niewiele później pojechałem na swoje pierwsze zagraniczne zawody – Europejską Olimpiadę Młodzieży, która w 2013 roku odbywała się w Utrechcie. Był to wspaniały czas. Zawarłem wiele nowych znajomości i do dziś mam kontakt z niektórymi zawodnikami z innych dyscyplin. Udziału w olimpiadzie, czy to tej młodzieżowej, czy prawdziwych igrzyskach, nie da się porównać do żadnych innych zawodów. Tylko tutaj można zobaczyć tak wielu wybitnych sportowców w jednym miejscu. Swój występ w Holandii wspominam bardzo emocjonalnie. Podczas jazdy indywidualnej na czas, zawodnicy startowali co jedną minutę i jeśli ktoś po dotarciu na metę był najszybszy siadał na tzw. „gorące krzesło” wyczekując na resztę. Swoim przejazdem wykręciłem najlepszy czas. Usiadłem więc i czekałem. Kiedy do końca zostało 10 zawodników, spadłem na drugą pozycję. Po chwili wyprzedził mnie kolejny rywal. Byłem trzeci i wyczekiwałem ostatnich pięciu kolarzy modląc się, a nawet roniąc przy tym kilka łez. Gdy jednak ostatni z nich przekroczył linię mety, a ja wciąż znajdowałem się na najniższym stopniu podium ogarnęła mnie euforia. Byłem ogromnie szczęśliwy!

Archiwum Prywatne | Mój pierwszy znaczący sukces na arenie międzynarodowej to 3 miejsce w Europejskiej Olimpiadzie Młodzieży

W moim klubie – Cartusii, zawsze stawiano na kolarską wszechstronność. Zaczynałem od MTB, potem był przełaj, aktualnie stawiam na kolarstwo szosowe i torowe. Na torze w Pruszkowie trenuję tylko przed najważniejszymi zawodami. Nie potrzebuję spędzać na nim dużo czasu. Wolę przygotować się na szosówce i jedynie przestawić na inny rower kilka dni przed startem. Pierwsze sukcesy na welodromie przyszły w roku 2016. Zostałem wtedy młodzieżowym Mistrzem Polski oraz młodzieżowym wicemistrzem Europy w omnium (wieloboju). Prawdziwą bombą był jednak mój debiut w tej konkurencji na Pucharze Świata Elity w Apeldoorn. Po pierwszej konkurencji, czyli scratchu, zajmowałem trzecie miejsce. Dwie następne, wyścig eliminacyjny i na tempo – wygrałem. Przed finałowym wyścigiem punktowym miałem 14 oczek przewagi i skupiłem się tylko na utrzymaniu swojej pozycji. Udało się i tak oto w swoim debiucie wygrałem Puchar Świata. Wyczyn ten udało się powtórzyć kilka miesięcy później w ostatnich zawodach cyklu w Los Angeles i tym samym zwyciężyłem też w klasyfikacji generalnej Pucharu.

Często przegrywałem jakiś wyścig, ale jeszcze nigdy nie przegrałem zawodów tak wysokich rangą, gdzie byłem faworytem.

Wytrwałość

Choć bardzo dużo zawdzięczam kolegom z dzieciństwa, oni z kolarstwem już dawno skończyli, a ja wytrwałem. Myślę, że do miejsca, w którym jestem dziś zaprowadziły mnie nie tylko sukcesy, które odnosiłem po drodze, ale również porażki, których też nie brakowało. Bardzo mnie one motywują i zawsze skłaniają do momentu refleksji. Zastanawiam się wtedy co poszło nie tak oraz co można było zrobić inaczej. Uświadamiają mnie, jak daleka droga jeszcze przed mną, jak wiele mogę zmienić w swoim organizmie i jak dużo pozostało jeszcze do osiągnięcia.

Największa nauczka przyszła na Mistrzostwach Świata w Hongkongu w 2017 roku. Jechałem tam świeżo po wygranej w Pucharze Świata i głośno zapowiadałem, że liczy się tylko medal, a najlepiej zwycięstwo. Byłem bardzo pewny siebie i wizualizowałem już sobie, jak stoję na podium i słucham hymnu. Rzeczywistość okazała się jednak zgoła odmienna… Zawody zakończyłem na 8 miejscu, choć przyznać trzeba, że miałem też sporego pecha. W swojej ulubionej konkurencji – wyścigu eliminacyjnym, zaliczyłem dwa upadki i kilka razy do samego końca musiałem walczyć o pozostanie na torze (co dwa okrążenia odpada jeden zawodnik). W rezultacie wyścig ukończyłem na 15 lokacie, co przekreśliło moją szansę na sukces w klasyfikacji generalnej. Przyznam, że byłem rozczarowany, a wręcz załamany. Pragnąłem zostać Mistrzem Świata, a skończyłem bez żadnego medalu. Często przegrywałem jakiś wyścig, ale jeszcze nigdy nie przegrałem zawodów tak wysokich rangą, gdzie byłem faworytem. Dużo czasu zajęło mi, aby to wszystko przetrawić. W końcu jednak zrozumiałem, że taki już jest urok sportu – więcej razy przegrasz, niż wygrasz. Ważne, aby z każdej porażki wyciągać odpowiednie wnioski. Z perspektywy czasu uważam, że z zawodów w Hongkongu takie wnioski wyciągnąłem…

Archiwum Prywatne | Chwilę po pechowym wyścigu eliminacyjnym na Mistrzostwach Świata w Hongkongu – rozmyślam jak wrócić jeszcze do walki

Rok później do Mistrzostw Świata w Apeldoorn podchodziłem już bez stresu i ze spokojną głową. Wykonałem standardowy plan treningowy przygotowany przez trenera i zmieniłem swoje nastawienie na „mogę, ale nie muszę”. Wiedziałem, że złoto po raz kolejny jest w zasięgu, ale nie należy mi się ono, tylko muszę je wywalczyć na torze. Pomogło. Przed startem pomodliłem się jeszcze o dobrą dyspozycję i opiekę, żeby nic się nie stało. Rozpocząłem od 11 miejsca w scratchu i drugiej lokaty w wyścigu na tempo. W wyścigu eliminacyjnym tym razem obyło się bez przygód – wygrałem go i w klasyfikacji generalnej objąłem prowadzenie z identycznym dorobkiem punktowym jak Włoch, Simone Consonni. Kropkę nad „i” postawiłem w ostatniej konkurencji – wyścigu punktowym. Metę przekraczałem niesamowicie zmęczony i jeszcze bardziej szczęśliwy. Mazurek Dąbrowskiego na podium i moment, w którym zakładałem koszulkę w tęczę to najpiękniejsze chwile w mojej dotychczasowej karierze. Myślę, że doświadczenia sprzed roku spowodowały, że doceniam te chwile jeszcze bardziej. Mój upór oraz wytrwałość nie pozwoliły mi się poddać i doprowadziły do tego miejsca.

Adam Jastrzębowski / newspix.pl | Moja ogromna radość po największym dotychczasowym sukcesie

Oczywiście zawodów, które wykuwały mój charakter było zdecydowanie więcej. Osobiście bardzo sobie cenię medal zdobyty na przełajowych Mistrzostwach Polski w Bytowie. Do samej mety nie wiedziałem, czy wygram. Walczyłem sam ze sobą i z okropnymi skurczami, a główny rywal cały czas siedział mi na kole. Dzięki dodatkowym przeciwnościom losu zwycięstwo smakowało jeszcze lepiej, a sukces pamiętam do dziś.

Gdy w końcu, po dwóch dniach przygód usiadłem w samolocie do miejsca docelowego, spytałem w duchu sam siebie „Szymon, co ty właściwie wyprawiasz?”.

Odwaga

W karierze każdego sportowca nadchodzi czas, w którym musi zdecydować się na zmiany. Są one niezbędne do ciągłego rozwoju i samodoskonalenia. Tak też było ze mną, kiedy po pierwszym roku młodzieżowca opuściłem swój rodzimy klub GKS Cartusię Kartuzy i zdecydowałem się kontynuować karierę za granicą. Wybór padł na chińsko-słoweńską organizację Attaque Team Gusto, którą polecili mi koledzy – kolarze. Z managerem ekipy szybko ustaliliśmy warunki i parafowaliśmy kontrakt. Przyznam szczerze, że duży wpływ na moją decyzję miał fakt, że zgrupowanie odbywało się na drugim końcu świata – w Australii. Nadszedł styczeń, a ja mając 19 lat poleciałem w nieznane. Oczywiście nie obeszło się bez komplikacji. Już w Polsce z powodu usterki samolotu mój lot został odwołany. Kolejnego dnia doleciałem do Dubaju i nie miałem wydrukowanego biletu na następny odcinek lotu do Australii. Pięć godzin spędziłem na chodzeniu od stanowiska do stanowiska w celu uzyskania karty pokładowej, znalezieniu bramki oraz upewnieniu się, że moja torba trafiła do właściwego samolotu. Mój słaby angielski zdecydowanie nie pomagał. Gdy w końcu, po dwóch dniach przygód usiadłem w samolocie do miejsca docelowego, spytałem w duchu sam siebie: „Szymon, co ty właściwie wyprawiasz?”.

Z perspektywy czasu wiem, że rzuciłem się wtedy na głęboką wodę, ale odwaga popłaciła. Na miejscu obeszło się już bez problemów i cieszyłem się każdą chwilą spędzoną na zgrupowaniu i w samej Australii. Takie sytuacje uczą dużo samozaparcia. Absolutnie nie żałuję tego wyboru, choć z ATG rozstałem się po zaledwie jednym sezonie. Podjąłem taką decyzję, ponieważ zbyt dużo wyścigów mieliśmy w Azji. Lubię podróżować i poza domem spędzam około 300 dni w roku, ale ciągłe długie loty i zmiany stref czasowych były strasznie obciążające dla mojego organizmu. Musiałem znaleźć nowy klub, który umożliwi mi ściganie się w Europie, bez comiesięcznych podróży na drugi koniec świata.

Mario Stiehl / CCC Sprandi Polkowice | W barwach CCC podczas wyścigu 53. Szlakiem Grodów Piastowskich

W ten sposób trafiłem do zespołu CCC, a w kolejnym sezonie będę się ścigał na najwyższym poziomie w wyścigach z cyklu World Tour. To kolejny duży krok w mojej karierze, a także wielkie wyzwanie. Mam zamiar czerpać z tego jak najwięcej i sporo nauczyć się od bardziej doświadczonych kolegów. To zaszczyt jeździć w jednym teamie z takimi zawodnikami jak Mistrz Olimpijski – Greg van Avermaet.

Talent

Dobrze czuję się w tym co robię i sprawia mi to ogromną przyjemność. Właściwie, nie widzę siebie w żadnej innej pracy. Bóg obdarował mnie talentem do kolarstwa i na każdym kroku bardzo mu za to dziękuję. W Apeldoorn, gdy zdobywałem Mistrzostwo Świata, modlitwa towarzyszyła mi przez cały dzień. Modliłem się o dobrą dyspozycję i opiekę, aby nic złego nie stało się na torze. Dziękowałem też za zwycięstwo. Zdaję sobie sprawę, że nawet najcięższe i systematyczne treningi nie pozwoliłyby mi zdobyć tego tytułu, gdyby nie odrobina talentu.

Zawody w Apeldoorn nie były zresztą wyjątkiem. Modlę się przed każdym wyścigiem. Głównie o bezpieczeństwo, żeby nic mi się nie stało i żebym wrócił cały do domu. Na resztę sam ciężko pracuję. Opatrzność Boża daje mi spokój i komfort. Pomaga w sporcie, jak i życiu osobistym.

Archiwum Prywatne | Roczne występy w Attaque Team Gusto pozwoliły mi wiele podróżować i poznawać nowe kultury

Wspaniali Ludzie

Ostatnim elementem układanki są ludzie, których spotykamy na swojej drodze. Ja miałem to szczęście, że trafiłem na wiele wspaniałych osób, które w większym lub mniejszym stopniu przyczyniły się do tego, gdzie dziś jestem. Wspominałem już o kolegach z dzieciństwa, którzy zarazili mnie pasją do kolarstwa. Bardzo dziękuję też rodzicom, że towarzyszyli mi w mojej drodze i pielęgnowali tę pasję.

Swojej przygody z kolarstwem nie mógłbym zacząć w lepszym miejscu. Gdybym miał powiedzieć, ile zawdzięczam pierwszemu klubowi – Cartusii Kartuzy, nie wystarczyłoby mi czasu. Nie było tam wielkich pieniędzy, a jednak nigdy niczego nam nie brakowało. Wszystkie rowery i wyjazdy były finansowane przez klub. Trener Dariusz Malecki i prezes Wiesław Hirsz to ludzie z olbrzymią pasją, którzy za każdym razem zapewniali nam jak najlepsze przygotowanie do zawodów. Zawsze im będę za to dziękował!

Sukcesów na torze nie odniósłbym, gdyby nie trener kadry Jacek Kasprzak – wybitny specjalista w swoim fachu. Na końcu muszę wspomnieć także o Piotrze Wadeckim, dyrektorze sportowym grupy CCC. Mam to szczęście, że mieszkamy niedaleko siebie, mamy dobre relacje i często jeździmy razem na treningi. Kontrakt z grupą CCC to przepustka do wielkiego świata i spełnienie mojego kolejnego marzenia o występach w World Tour – kolarskiej Lidze Mistrzów!

Znaczek
Szymon Sajnok 14.11.2018
Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce.