Kiedy gasną światła

Tomasz Gielo | 06.12.2018 Artur Podlewski / 400mm.pl

Partner historii:

Cisza… Gdy ktoś się mnie pyta, co najbardziej zapadło mi w pamięć z tamtego dnia – to właśnie cisza.

Całe zdarzenie pamiętam dość przelotnie. Przechwyt, kontra, podanie od kolegi, dwutakt, widok upadającego pode mną obrońcy, w ostatniej chwili próba ucieczki przed nieuniknionym… Jedna noga poślizgnęła się na ciele przeciwnika, druga poszła za nią i z całym impetem uderzyłem kolanem w parkiet. Spojrzenie na nogę i szok połączony z bólem. Od razu byłem w stanie zobaczyć, co jest nie tak, teraz pozostało tylko czekać, aż obejrzy to specjalista. W drodze karetką z hali do szpitala miałem w głowie tylko jedną myśl – dać znać rodzinie, że wszystko jest ok. Wiedziałem, że oglądali mecz w telewizji i pewnie są na pograniczu zawału, dlatego jak najszybciej chciałem do nich zadzwonić. W tym momencie nawet nie myślałem o sobie, tylko o bliskich. Facet z jedną sprawną nogą, ale tak już w głowie zakodowane – rodzina jest najważniejsza, o czym zresztą przekonacie się w dalszej części.

ACB Photo/Á.Martínez | Halę opuszczałem przy aplauzie publiczności

No dobra, ale gdzie ta cisza?! W końcu telefon przy mnie, a w dzisiejszych czasach w social mediach informacje rozchodzą się natychmiastowo i każdy wie o wszystkim. Domyślacie się, że zostałem zasypany wiadomościami, hashtag’ami i różnorodnymi wyrazami wsparcia (korzystając z okazji, chciałem wszystkim mocno podziękować!). Rodzina powiadomiona, wstępne badania zrobione, ale jako że mecz był rozgrywany wieczorem w Madrycie to rezonans i wizytę u lekarza, który będzie mnie operował miałem mieć dopiero na następny dzień rano. I właśnie wtedy przyszła wspomniana cisza…

Dlaczego ja? Dlaczego akurat teraz? Dlaczego w pierwszym meczu sezonu w nowej drużynie?

Telefon przestaje wibrować. Osoby, które przyjechały do mnie do szpitala (generalny menedżer drużyny, hiszpański agent, który mieszka w Madrycie oraz dwójka znajomych, którzy przyjechali specjalnie na ten mecz z Barcelony) też w końcu poszli, by złapać nieco snu, zaś pielęgniarka po raz ostatni sprawdziła, czy wszystko u mnie ok. Nastała cisza, a wraz z nią zaczęły się kłębić myśli w głowie. Nagła fala pytań, zwątpień, rozterek i wrażenie, jakby tama, która tę falę powstrzymywała do tej pory (gdy byłem otoczony innymi ludźmi) nagle pękła i szła wprost na mnie. Wyobraź sobie potężne tsunami idące prosto na Ciebie, podczas gdy Ty jesteś wyposażony tylko w kalosze i dmuchane rękawki, które zakłada się małym dzieciom, gdy idą do wody… Tak mniej więcej się wtedy czułem.

Pierwszy raz mam okazję o tym opowiedzieć, ale ta pierwsza noc w szpitalu, przy zgaszonych światłach, gdy zostałem sam na sam ze swoimi myślami – to był przełomowy moment. Nie ukrywam, pojawiło się wtedy zwątpienie. Brak jakiegokolwiek komfortu, a jednocześnie uczucie bezradności. Dlaczego ja? Dlaczego akurat teraz? Dlaczego w pierwszym meczu sezonu w nowej drużynie? Często mówi się, jak to sportowcy mają kryzys, łapią psychicznego „doła”. Tak, to był zdecydowanie taki moment.

Trwał może z 5-10 minut…

Tylko tyle?! A no tyle, bo potem wystarczyła jedna myśl i stało się coś, co ciężko jest wręcz opisać. Nagle pomyślałem o rodzinie. Jak wspominałem wcześniej – rodzina jest najważniejsza. Nie ma dla mnie mocniejszego bodźca ani większej motywacji. Zawsze, nawet w tych najtrudniejszych chwilach mogę liczyć na ich wsparcie, a ja mam czelność nagle w takim momencie się nad sobą użalać i załamywać? Oglądanie meczów po nocach, gdy byłem na studiach w Stanach, a w Polsce była 3 nad ranem. Wyjazdy na mecze nawet za granicę, gdy jeszcze występowałem w kadrach młodzieżowych. Tysiące kilometrów przejechane, by zawieźć mnie na trening, czy też to, że zawsze miałem sprzęt do grania… Po tych wszystkich wyrzeczeniach, po całym tym wsparciu, nie było mowy o jakimkolwiek użalaniu się nad sobą. Nadszedł czas, aby przejść do ofensywy.

Archiwum Prywatne | Odwiedziny moich rodziców pozwoliły mi choć na moment zapomnieć o kontuzji

Zacząłem się zastanawiać nad tym, co mnie w najbliższym czasie czeka. Operacja, rekonwalescencja, rehabilitacja, powrót do treningów, powrót do gry. To jest droga, którą trzeba będzie przebyć i postanowiłem ją sobie w kółko powtarzać. Myślałem o każdym etapie z osobna, wyobrażając sobie jak to wszystko będzie wyglądać i jakie komplikacje mogą ewentualnie się pojawić. Po kolei tworzyłem dziesiątki, jak nie setki scenariuszy, ze szczegółami, co może się wydarzyć na każdym etapie… Oglądaliście ostatnią część Avengers? Jest tam scena, gdzie jeden z bohaterów – Doktor Strange – ma możliwość wejrzenia w przyszłość. Po długiej medytacji, opowiada innym postaciom, że widział wszystkie 14 000 605 scenariuszów nadchodzącej bitwy z wrogiem.

„Ile z nich przewiduje nasze zwycięstwo?” – zapytał któryś z pozostałych bohaterów

„Jeden” – odpowiedział Doktor Strange

Była to bardzo podobna sytuacja do mojej, lecz z jedną zasadniczą różnicą. Ja w każdym, nieważne jak negatywnym scenariuszu, wychodzę zwycięsko. Nawet w najgorszym przypadku, byłem w stanie wyobrazić sobie, jak pokonuję kontuzję i wracam do koszykówki – sportu, który kocham. Po długich przemyśleniach i w końcu ze spokojną głową, tej nocy poszedłem spać około 4 nad ranem, zaś od 8 byłem już na nogach, by zrobić resztę badań, spotkać się z lekarzem i omówić nadchodzący zabieg.

2 października przeszedłem operację zerwanego więzadła rzepki, po czym musiałem zostać dodatkowych kilka dni w szpitalu w Madrycie zanim dostałem pozwolenie na lot powrotny na Teneryfę. Już na następny dzień po powrocie rozpocząłem rehabilitację, która jak dotąd przebiega dobrze i bardzo profesjonalnie. Myśląc o Teneryfie, pierwsze co przychodzi do głowy to wakacje, plaża oraz drinki z palemką. Dlatego pozytywnie zaskoczyłem się zapleczem, jeśli chodzi o fizjoterapię i przygotowanie fizyczne, najnowszym sprzętem oraz historiami sportowców z różnych dyscyplin, którzy decydują się na przylot właśnie na tę wyspę. Z drugiej strony, tutejszy klimat też pomaga, a łatwiej się wstaje każdego dnia widząc ocean i słońce zza okna.

Archiwum Prywatne | Zaciskam zęby i robię wszystko, aby wrócić jak najszybciej na parkiet

Wszystko stoi tu na najwyższym poziomie i jestem pod dobrą opieką. Mając też możliwość, muszę dać wyraz uznania i podziękować klubowi, który jak tylko może, stara mi się pomóc na każdym kroku (co słysząc historie różnych znajomych „po fachu” nie zawsze ma miejsce). Dostałem wyraźne wparcie i dano mi do zrozumienia, że liczą i czekają na mój powrót do zdrowia, ale dopiero wtedy, gdy będę na to gotowy. Biorąc pod uwagę sytuację w jakiej się znalazłem, upewniłem się, że przenosząc się do tego klubu w trakcie lata, znalazłem się we właściwym miejscu.

Wciąż mam przed sobą obraz hali, jak po raz pierwszy pojawiłem się na meczu od czasu kontuzji. Na koniec spotkania wszyscy wstali z siedzeń, by bić brawo drużynie po wygranym meczu. Nagle całe trybuny zaczęły skandować moje nazwisko. Zrobiło mi się niezmiernie miło, przecież rozegrałem dla tej drużyny tylko jedno niecałe oficjalne spotkanie, a spośród wszystkich przedsezonowych sparingów, ten jedyny, który rozgrywaliśmy na naszej wyspie odbył się w Costa Adeje – miejscowości oddalonej o około 45 minut drogi od głównej hali. Takie momenty zapadają w pamięć i czuję „dług”, który teraz mam do spłacenia wobec kibiców. Cały czas dostaję wiadomości z życzeniami powrotu do zdrowia, więc tym bardziej jestem zmotywowany, by pokazać się im z jak najlepszej strony i udowodnić, że warto było czekać.

Jak przebiega sama rehabilitacja? Najlepszą odpowiedzią będzie chyba anegdota, o której wspomniał mi kolega z drużyny, Lucca Staiger. Niedawno, przed jednym z treningów, który akurat pokrywał się z moją wizytą u fizjoterapeuty, Lucca spytał przechodzącego przez szatnię lekarza drużynowego:

„Hej, jak idzie rehabilitacja Tomka?”

– „Aż zbyt dobrze. On na nic nie narzeka!” – odpowiedział z rozłożonymi rękoma lekko zmieszany lekarz.

Każdy sportowiec, który przechodził przez rehabilitację potwierdzi, jak żmudna jest to praca, w której tysiące razy powtarzasz te same czynności tylko po to, by organizm mógł wrócić do robienia rzeczy, które wcześniej przychodziły przecież łatwo. Wiadomo, są lepsze i gorsze dni, ale wydaje mi się, że na ten moment (odpukać!) jest naprawdę bardzo dobrze i oceniam, że ma to związek z trzema rzeczami. Po pierwsze, podjąłem współpracę z dietetykiem, gdzie ustaliliśmy dietę, która ma właściwości przeciwzapalne i pomagające w przyspieszonej regeneracji organizmu. Po drugie, mimo 25 lat, przeszedłem już kilka kontuzji w życiu i wiem, jak utrzymać motywację i jak bardzo w powrocie pomaga pełna koncentracja podczas rehabilitacji. W końcu po trzecie i możliwe, że najważniejsze – ja już pokonałem tę kontuzję! Pokonałem ją wtedy, podczas pierwszej nocy w szpitalu, leżąc i analizując wszystkie możliwe scenariusze przez całą noc.

Można powiedzieć, że ucieleśniłem tę kontuzję i wiem, że nie ma już ze mną żadnych szans. Gdy jesteś w trakcie meczu, w przysłowiowym „gazie”, widzisz, jak u przeciwnika następuje zmiana na twojej pozycji i wiesz, że ten zmiennik nie jest na twoim poziomie – to zacierasz ręce, bo wiesz, że ten ktoś nie jest w stanie Cię powstrzymać. Tak samo ta kontuzja nie wie jeszcze z kim zadarła. Nie zdawała sobie sprawy na kogo trafiła.

Bo najbliższe miesiące to będzie jedna z największych i najważniejszych przygód w moim życiu. W głąb siebie, by poznawać swoje limity, tylko po to by za parę dni je przekraczać i ustalać nowe.

Wiem, że przed moim powrotem do gry jeszcze długa droga, ale ze spokojem i cierpliwością do tego dojdę. Każdy dzień mnie do tego przybliża. Przytrafiają się nam w życiu rzeczy, na które nie mamy wpływu i to nieważne jak bardzo byśmy planowali każdy dzień (jest to również moja ulubiona wymówka, dlatego wiele rzeczy robię na ostatnią chwilę). Tak też traktuję moją kontuzję. Nie mogłem jej przewidzieć, dlatego w ogóle nie gdybam co mogłem zrobić ja lub ktoś inny w tej sytuacji. Stało się. Koniec. Kropka. Mimo, że mam pomysły, co będę chciał robić po zakończeniu kariery sportowej, zdecydowanie nie jestem jeszcze gotowy na rozłąkę z koszykówką. Jeszcze wiele przede mną, multum meczów do rozegrania i wiem, że z perspektywy czasu ta kontuzja będzie zaledwie małym wycinkiem całej kariery. Będzie zaledwie jej „przecinkiem”, a na pewno nie „kropką”.

Przeczytaj także

W trakcie pracy nad ruchomością i wzmacnianiem nogi zawsze pojawiają się pytania. Ile jeszcze dni zanim będę mógł robić to czy tamto? Ile czasu do powrotu na parkiet? Czy na tym etapie wszystko idzie naprawdę tak dobrze, czy po prostu wszyscy wokół starają się być jak najbardziej pozytywni wobec mnie? Nie jest to lęk, lecz zwykła ciekawość… Jednak co by było, gdybym nagle otrzymał odpowiedzi na te wszystkie pytania? Tak po prostu, nagle dostajesz SMS-a od Boga, otwierasz go, a tam odpowiedzi. Jakby ktoś właśnie wysłał Ci ściągę na najbliższy egzamin. Co wtedy? Czy odetchnąłbym z ulgą? A może zaskoczyłbym się odpowiedziami i tym, że mogą być inne niż myślałem? Jak wtedy upływałyby mi dni, wiedząc z góry, że za X czasu już (lub dopiero) będę mógł wrócić do treningów, do grania? Jakie podejście czy też motywację miałbym do rehabilitacji gdybym już znał wszystkie odpowiedź?

Dlatego wiem, że nie chcę ich znać… To znaczy chcę, ale jeszcze nie teraz. Bo najbliższe miesiące to będzie jedna z największych i najważniejszych przygód w moim życiu. W głąb siebie, by poznawać swoje limity, tylko po to by za parę dni je przekraczać i ustalać nowe. Ścigać się z czasem i z samym sobą z poprzedniego dnia. Uczyć się „czytać” własny organizm i wiedzieć, jak reaguje na poszczególne bodźce. Wszystko po to, by zobaczyć tę zdziwioną minę lekarza, gdy stoję przed nim cały i zdrowy, gotowy na powrót, podczas gdy jego prognozy były znacznie mniej optymistyczne.

Krótko mówiąc, nie chcę sprowadzać tej historii do prostych cyferek czy wyrazów. Krzysiu Szubarga, którego bardzo szanuję za pracowitość i charakter, napisał na łamach osobiscie.pl, że nikt nie będzie za niego przedwcześnie kończył kariery. Tak samo, nikt nie będzie mi wyznaczał granic czy limitów. Co dla jednych jest sufitem, dla innych jest podłogą…

Barbara J. Perenic | W USA spędziłem najlepsze i najciężej przepracowane 5 lat życia, które przygotowały mnie do profesjonalnej koszykówki… a tak wielu mi to odradzało

Dzieląc się swoją historią, mam nadzieję, że będę w stanie zmotywować kogoś, nawet jeżeli będzie to jedna osoba, by zawsze dążyć do celu i nigdy się nie poddawać. Nawet z najgorszej sytuacji można wyciągnąć coś dobrego, wszystko jednak zależy od naszych własnych chęci i nastawienia. Użalanie się nad sobą zawsze przychodzi najłatwiej, jednak nie podejmując walki o swoje największe marzenia jesteśmy z góry na przegranej pozycji. Jeżeli sam przechodzisz kontuzję – pamiętaj, każdy dzień przybliża Cię do zdrowia. Jeżeli jesteś w depresji – wiedz, że najbliżsi z chęcią Cię wysłuchają i pomogą. Nie bój się rozpocząć z nimi dialogu. Jeżeli zaś jesteś młodym koszykarzem lub koszykarką – pamiętaj by mieć jak największe marzenia i dążyć do nich, bez względu na to, co będą mówili inni. Pamiętaj tylko, by zawsze popierać to ciężką pracą.

– „Może i masz jako takie warunki, ale nic poza tym” – powiedział mi kiedyś pewien trener. Rok później trafiłem do młodzieżowej kadry Polski i od 10 lat mam możliwość reprezentować nasz kraj na arenie międzynarodowej. Gra z orzełkiem na piersi to wielki honor.

– „Nie ma szans, żebyś był w stanie chodzić do szkoły w Szczecinie, a grać w Zielonej Górze…” – powiedział ktoś inny. W 2009 roku z Zastalem Zielona Góra zdobyliśmy Mistrzostwo Polski U-16, a ja sam dostałem nagrodę MVP turnieju.

– „Zmarnujesz się w tych Stanach. Zobaczysz, skończysz grać w kosza… Studiować mu się zachciało” ­– to kolejna dobra rada, którą usłyszałem. W USA spędziłem najlepsze i najciężej przepracowane 5 lat życia, które przygotowały mnie do profesjonalnej koszykówki.

– „Gdzie on się pcha do ligi hiszpańskiej? Nie przebije się!”

Nie jest to przechwalanie się, ale zawsze podejmowałem decyzje, które dadzą mi jak najwięcej satysfakcji. Nieważne, ile pracy będzie trzeba włożyć w to, by się udało. Nigdy nie patrzyłem na komentarze innych. Dlatego wierzę, że wciąż podążam tą drogą i wracając po kontuzji dalej będę w stanie to robić!

P.S. Jeżeli macie pytania, bądź sami przechodzicie przez poważną kontuzję i chcielibyście się czegoś dowiedzieć – odzywajcie się przez Twittera bądź Instagrama na @TGielo !

Znaczek
Tomasz Gielo 06.12.2018
Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce.